Z ostatniej chwili … odc.1

Ze zmienną częstotliwością postaram sie wyłuskiwać z informacyjnego szumu wiadomości związane z poruszaną tu tematyką, czyli peak oil, kwestiami zrównoważonego rozwoju, czy też globalnego ocieplenia, ale także nowych technologii związanych z energetyką. Na dobry początek garść informacji.

Niepokoje społeczne w Iranie wywołane racjonowaniem paliwa
Iran, państwo będące w czołówce państw, zarówno pod względem produkcji, jak i posiadanych zasobów ropy naftowej, było zmuszone wprowadzić racjonowanie paliw. Kraj tak bogaty w naturalne zasoby, z uwagi na niewystarczającą liczbę rafinerii, zmuszony jest importować ponad połowę paliwa i sprzedawać je na rodzimym rynku poniżej cen rynkowych, dopłacając tym samym 10 miliardów dolarów rocznie. Wprowadzenie racjonowania paliwa wywołało kilometrowe kolejki do stacji benzynowych oraz lokalne zamieszki. Rozwścieczony tłum zniszczył kilkanaście stacji benzynowych jak i pobliskie sklepy.

OPEC ostrzega przed biopaliwami i … planuje redukcje wydobycia
Państwa zrzeszone w OPEC planują w 2010 r. wydobywać o milion baryłek dziennie mniej ropy niż w 2005 r. Zakłada się, że wzrost podaży z państw nie należących do kartelu oraz rosnąca produkcja alternatyw spowoduje redukcje sprzedaży ropy produkowanej przez członków OPEC. Organizacja zrzeszająca eksporterów ropy ostrzega także przed biopaliwami, które mogą być zagrożeniem dla środowiska, wywołać napięcia na rynku żywności oraz negatywnie wpłyną na inwestycje w branży wydobywczej.

Naród zdecydował
Globalne ocieplenie nie jest spowodowane działalnością człowieka. Takiego zdania jest 71% Amerykanów, którzy wzięli udział w sondażu. Na szczęście o rzeczywistości, czy stanie nauki nie decyduje większość.

Rosja zamierza poszerzyć swoje terytorium
I to nie byle jakie terytorium, ale potencjalnie bogate w złoża ropy i gazu, tereny Arktyki i Bieguna Północnego. Rosyjscy naukowcy chcą udowodnić, że tereny te są geologicznie powiązane z kontynentalną częścią Rosji. Jak słusznie zauważa Sergey Priamikov, koordynator spornej, międzynarodowej strefy z ramienia ONZ, równie dobrze można udowodnić, że cała Eurazja należy do Kanady. Jak widać walka o surowce ma czasami także bardziej humorystyczną stronę.

Pływające elektrownie wiatrowe ?
Norsk Hydro i Siemens planują w 2009 r. uruchomić pierwszy pływający generator wiatrowy. Dzięki takiemu rozwiązaniu lokalizacja farm wiatrowych nie będzie ograniczona do płytkich wód. Turbina ma mieć moc 5MW, a koszt budowy prototypu szacowany jest na 34 miliony dolarów.

Reklamy

Bajkoport

Tematyka naszych stosunków z Rosją była ostatnio zdominowana przez kwestie tarczy antyrakietowej. Sprawy bezpieczeństwa energetycznego, czyli naszej zależności od dostaw rosyjskich surowców, zeszły na drugi plan. Wraz z rozbudową portu w Primorsku oraz budową gazociągu Nord Stream Rosjanie zbijają naszą gardę, którą do tej pory było współdzielenie rurociągów z Niemcami. Nadzieja, że Putin nie zakręci nam kurka z ropą i gazem, ze względu na jednoczesne odcięcie dostaw do państw Starej Unii, zniknie wraz z uruchomieniem bałtyckiego gazociągu i kolejnych projektów LNG w rejonie. W przypadku powstania alternatywnych, w stosunku do dotychczasowego systemu rurociągów, możliwości przesyłu surowców energetycznych do Europy Zachodniej, Polska traci na znaczeniu jako kraj tranzytowy. Tym samym wystawiamy się na ogromne ryzyko całkowitego odcięcia dostaw.

Jednak rosnące prawdopodobieństwo odcięcia dostaw, nie wynika z wrogości wobec Polski, ani z mocarstwowej polityki Kremla. Czynniki emocjonalno-polityczne, tak silnie obecne w polityce obu państw, grają tutaj trzeciorzędną rolę. U podstaw pewnych decyzji, leżą czynniki bardzo przyziemne, a czasami nawet podziemne. Putin jest politykiem bardzo pragmatycznym i dążącym konsekwentnie do odbudowania pozycji Rosji jako kluczowego rozgrywającego na arenie międzynarodowej. Stopniowa nacjonalizacja branży energetycznej, tak niewygodna dla zachodnich partnerów, jest jednym z elementów polityki Kremla w tym zakresie. Podobnie jak większość państw na świecie (nie wyłączając Polski) Rosja zdaje sobie sprawę ze znaczenia niezależności energetyki i w przeciwieństwie do naszego kraju, ma ciężkie doświadczenia z rzeczywiście „bandycką prywatyzacją”. Nasza wyboista droga do gospodarki wolnorynkowej, bardziej przypomina jednak gładką, niemiecką autostradę, niż szutrową drogę, którą podążała Federacja Rosyjska. Rosyjskie prywatne firmy, takie jak Yukos, czy Sibneft dokonywały znacznych transferów zysków poza granice kraju, oraz kompletnie zaniedbały niezbędne inwestycje w infrastrukturę. Jednym z powodów konfliktów z Kremlem, właściciele tych firm zawdzięczają właśnie takiemu sposobowi gospodarowania zasobami (mieszanie się w politykę było tylko gwoździem do trumny). Maksymalizacja zysków z posiadanych zasobów przez państwo rosyjskie, leży także u podstaw czasowego wstrzymania dostawy ropy do Białorusi. Łukaszenko, ZBIR-partner Putina, ciesząc się przywilejem kupowania surowców po niższych cenach, jednocześnie eksportował przetworzone produkty ropopochodne. Trudno się dziwić niezadowoleniu Kremla z takiej sytuacji i nie trzeba było długo czekać aż Białoruś została przymuszona, w mało elegancki sposób, do płacenia wyższych cen.

Niejednokrotnie można było usłyszeć ze strony rosyjskich oficjeli o możliwości ograniczenia eksportu. Z ograniczeniem wynikającym z przyczyn rosnącego popytu wewnętrznego w Federacji mamy już do czynienia od pewnego czasu. W 2006r. Rosja stała się największym producentem ropy, nieznacznie wyprzedzając tym samym wieloletniego lidera, Arabię Saudyjską. Od kilku lat wydobycie w Rosji systematycznie rosło, jednak w niewielkim stopniu przekładało się to na zwiększony eksport. Chętnych na rosyjską ropę nie brakuje, jednak oprócz ograniczeń infrastrukturalnych potężnym czynnikiem hamującym eksport był właśnie szybko rosnący, wraz z rozpędzoną gospodarką, popyt na ropę (m.in. rok 2006 był rekordowy także pod względem sprzedaży samochodów, gdzie zagraniczne marki notują wzrost rzędu 50% w skali roku!). Sytuacja na rosyjskim rynku gazu jest podobna. Popyt rośnie szybciej niż wydobycie, a pomimo starań władz, zwiększanie wydajności gospodarki napotyka spore trudności (głównym czynnikiem pozostaje wyjątkowo niska cena surowców).

Według opracowań biorących pod uwagę jedynie czynniki ekonomiczne, a nieuwzględniających ograniczeń geologicznych, produkcja i eksport w nadchodzącym ćwierćwieczu będą kształtowały się następująco:

 

Jak widzimy eksport osiągnie maksimum w roku 2010r. Jest to zadziwiająco zbieżne z wypowiedziami ministra przemysłu i energetyki Wiktora Kriszczenki (najpierw w 2003, później powtórzona podczas wizyty w USA w 2005r.), który mówił wówczas o możliwości zatrzymania wzrostu wydobycia i utrzymania go na poziomie 9Mbpd.

Widely ignored, but possibly significant, was the announcement by the Russian Deputy Prime Minister Victor Khristenko that once Russia had reached 9mn b/d in the 2006-2008 period it would then cap production at this level (see p5). This raises many questions – will it really take till 2006-2008 to reach 9mn b/d and, if so, are present flows exaggerated? Does Russia really plan to cap flows and how will it do so given the companies are predominantly privately owned? źródło Energy Institute

Kiedy weźmiemy pod uwagę, że w przeciągu 3-4 lat Rosja może osiągnąć maksimum produkcji, łatwo zrozumieć, że w tym przypadku zadziała tzw. Export Land Model, czyli drastyczny spadek eksportu wynikający z połączenia dwóch czynników – wysokiego popytu wewnętrznego i malejącej produkcji. Ciężko dokładnie przewidywać tempo spadku eksportu, ale biorąc za przykład niedawny przypadek Meksyku, dynamika redukcji może bez większych trudności osiągnąć dwucyfrowe wartości (w przypadku południowego sąsiada USA, było to 16% w okresie 2006-2007).

Spójrzmy więc jak wyglądają prognozy wydobycia ropy z uwzględnieniem szczytu produkcji:

wg. ASPO

wg. Jean’a Laherrere’a

Rosja stoi obecnie przed podobnym problemem jak pozostali producenci – wydobycie z dużych i łatwych w eksploatacji złóż spada, a nowe pola są dużo mniejsze i często dużo trudniejsze technicznie, takie jak np. Prirazlomnoye, jedno z największych nowych pól – mające docelowo produkować 600 kbpd, czyli więcej niż wynosi zapotrzebowanie na ropę Polski (jednak znacząco mniej niż rosyjski rekordzista z roku 1980, Samotlor, który produkował oszałamiające siedem milionów baryłek dziennie!). Złoże Prirazlomnoye znajduje się jednak pod dnem Morza Barentsa, w miejscu gdzie temperatura potrafi spaść do -50 stopni Celsjusza a ropa jest transportowana specjalnymi tankowcami-lodołamaczami ponad 1000 km do Zatoki Kola. Koszta będą rosły, trudności organizacyjne, techniczne i infrastrukturalne piętrzyły. Nawet jeśli światowy szczyt produkcji paliw płynnych (z uwzględnieniem etanolu, kondensatów, NGL jak i ropy niekonwencjonalnej) zostanie odsunięty do roku 2020, Polska podobnie jak i część państw europejskich uzależnionych od dostaw z Federacji Rosyjskiej, może mieć poważne problemy z dostawami ropy w przeciągu kilku najbliższych lat. Dynamika redukcji importu będzie uzależniona w dużym stopniu od decyzji politycznych, jednak zakładając nawet, że Rosja sprawiedliwie podzieli ograniczone zasoby pomiędzy dotychczasowych odbiorców, redukcja może wynieść kilkanaście procent rocznie. Biorąc jednak pod uwagę rozbudowę infrastruktury pozwalającej ominąć kłopotliwy tranzyt poprzez terytoria byłych państw satelickich, raczej należy się spodziewać całkowitego odcinania poszczególnych odbiorców (pretekst zawsze się znajdzie) w celu utrzymania eksportu do wybranych państw. Takim uprzywilejowanym importerem z pewnością będą Niemcy, na co wskazują liczne wspólne przedsięwzięcia, takie jak budowa Nord Stream, ale także zasobność portfela naszych zachodnich sąsiadów. Niemiecka gospodarka będzie w stanie płacić nawet dużo wyższą cenę za ropę (jej konsumpcja i tak spada od kilku lat) i to także przemawia na korzyść wyboru tego kierunku dostaw przez Rosję. Dużo wskazuje, że w przeciągu pięciu lat będziemy mieli dużo poważniejsze zmartwienia niż budowa stadionów na mistrzostwa Euro 2012.

Alternatywy 4

Dosyć częstym argumentem za porzuceniem jakichkolwiek trosk o przyszłe źródła energii, jest posiadanie licznych alternatyw dla obecnie eksploatowanych, nieodnawialnych źródeł. Konwencjonalne złoża ropy przypuszczalnie osiągnęły już szczyt produkcji. Do końca dekady szczyt osiągnie całkowita produkcja paliw płynnych, a dalej w kolejce czekają już gaz ziemny i węgiel. Jak wiemy aby utrzymać techniczną cywilizacje na obecnym poziomie potrzebujemy ciągłego dopływu energii spoza naszego „układu zamkniętego”. Dopływ ten odbywa się obecnie z trzech źródeł – w postaci promieniowania emitowanego przez Słońce, w postaci energii geotermalnej pochodzącej głównie z rozpadu materiałów rozszczepialnych, oraz w postaci energii pływów, będącej efektem siły grawitacji. To wszystko. Wszelkie pozostałe „źródła energii”, są jedynie inną postacią energii, efektem działania tych trzech źródeł. Największą (~99,9%) rolę w „budżecie energetycznym” planety odgrywa tu oczywiście Słońce, któremu zawdzięczamy także, tak ważne dla nas, paliwa kopalne. Częściej spotyka się jednak inny podział źródeł energii, a mianowicie na odnawialne, nieodnawialne kopalne oraz energię jądrową. Mówiąc o alternatywach dla konwencjonalnej ropy, nie sposób nie wspomnieć o tzw. złożach niekonwencjonalnych, głównie ciężkiej ropie, piaskach roponośnych i łupkach bitumicznych, chociaż czasami wymienia się tutaj także hydraty metanu.

Spójrzmy jednak bliżej na drugi podział wg. „odnawialności”. Źródła odnawialne powinny być niewyczerpywalne w skali wielu pokoleń (tak jak Słońce, które oczywiście za kilka miliardów lat „wypali się”, ale skala czasowa jest tu tak ogromna, że przyjąć możemy jego niewyczerpywalność) i jak sama nazwa wskazuje odnawiać się samoistnie. To co jest oczywiste w przypadku wiatru, czy energii słonecznej, nie jest już jednoznaczne jeśli spojrzymy na wykorzystanie biomasy. Zazwyczaj uznaje się biomasę, za odnawialne źródło energii, ale jego odnawialność zależy w dużym stopniu od naszego sposobu wykorzystania tych zasobów. Kluczowe tu jest zastosowanie zasady zrównoważonego rozwoju; każde ścięte drzewo powinno być zastąpione przez nowo zasadzone. Uprawy np. rzepaku stanowią jedynie sposób przetworzenia energii odnawialnej (energii słonecznej), na nasze potrzeby, i same w sobie zasobami odnawialnymi nie są. Nie jest to kwestia czysto akademicka. Od zrozumienia w pełni zasady zrównoważonego rozwoju zależy czy będziemy w stanie wykorzystać w pełni potencjał energetyczny naszej planety. Wycinanie pierwotnej dżungli pod nowe uprawy trzciny cukrowej potrzebnej do produkcji bioetanolu (co ma miejsce np. w Brazylii), z pewności a nie ma nic wspólnego ze zrównoważonym rozwojem. Druga grupa źródeł energii, źródła nieodnawialne, z definicji nie są dla nas użyteczne w dłuższej perspektywie. Mogą nam być jedynie pomocne w pozyskaniu niezbędnych środków, infrastruktury czy nawet wiedzy do zapoczątkowania procesu wykorzystania źródeł odnawialnych. Mogą nam ułatwić osiągnięcie zrównoważonego rozwoju, ale same w sobie nigdy nie mogą być podstawowym źródłem energii dla cywilizacji. Tak dochodzimy do trzeciego źródła – energii jądrowej. W przypadku pierwiastków rozszczepialnych, takich jak uran, czy tor, mamy do dyspozycji znaczne zasoby, liczone często w setkach lat R/P, więc do pewnego stopnia mamy do czynienia z zasobami spełniającymi krótko- i średnioterminowe warunki zrównoważonego rozwoju. Analizując jednak tak obiecujące źródło energii, pojawia się w pewnym momencie problem skali. Przestawienie całej energetyki, głównie produkcji elektryczności, a także wodoru na potrzeby transportu, wymagałoby budowy kilkunastu tysięcy reaktorów o mocy 1GW. Niewyobrażalny skok z dzisiejszej liczby 400 takich obiektów, oznaczałby potrzebę budowania codziennie nowej elektrowni i byłby to proces nieustający (żywotność dziś projektowanych elektrowni jest szacowana na 50-60 lat i po tym czasie należałoby budować nowe obiekty). Te założenia wykluczają wyrównanie poziomu życia mieszkańców państw rozwijających się do poziomu krajów wysokorozwiniętych oraz stabilizację zużycia energii na dzisiejszym poziomie. Gdyby konsumpcja energii miała rosnąć, a dodatkowo kilka miliardów ludzi z państw uboższych, miałoby dogonić pod tym względem Europejczyków czy mieszkańców Ameryki Północnej, liczba potrzebnych reaktorów wzrosłaby do dziesiątek tysięcy. Rzecz absolutnie niewykonalna (jeśli ktoś ma wątpliwości proszę oszacować powierzchnię lądową Ziemi nadająca się pod budowę takich obiektów).

I tak dochodzimy do tytułowej czwartej alternatywy – negawatów. Negawaty, czyli oszczędność, zwiększenie wydajności. Jeżeli pozostałe alternatywy nie są w stanie zapewnić takich ilości, jakie pozyskiwaliśmy z kopalnych, to jedyną alternatywą, czy wręcz koniecznością jest zwiększenie wydajności. Nasze dzisiejsze marnotrawstwo zasobów ma jedną pozytywną cechę – mamy szanse znacznie zwiększyć wydajność. W budownictwie takim rozwiązaniem są budynki pasywne (praktycznie eliminujące potrzebę ogrzewania), w przypadku transportu także możliwe byłoby zwiększenie wydajności o rząd wielkości. Zmiana dzisiejszego systemu ekonomicznego, promującego konsumpcje i bazującego na nieskończonym wzroście gospodarczym, na taki, który wartość rynkową nadaje wydajności w gospodarowaniu zasobami, czy realnemu zwiększaniu jakości życia, z pewnością w bardziej naturalny sposób przybliżyłby nas do maksymalnego wykorzystania potencjału, jaki udostępnia nam natura. O ile zmiany infrastrukturalne, poprawiające wydajność są już dziś widoczne, zmiana modelu ekonomicznego przypuszczalnie nie będzie możliwa bez dotkliwego i długotrwałego kryzys obecnego systemu. Zmiana jednak w dłuższej perspektywie wydaje się nieunikniona a prawa fizyki są tutaj nieubłagane. Aktualnie pozostaje nam iść tą „czwartą drogą” i jak to ujął Matthew Simmons, największe, pozostałe pole naftowe, jakie odkryjemy nosi nazwę „conservation”. Z wszystkich alternatyw, jakie posiadamy to właśnie negawaty odegrają najważniejszą rolę.

Nieustraszeni pogromcy mitów – czyli FAQ

 

Tak jak każda problematyka, tak i Peak Oil, ma swój zestaw standardowych stwierdzeń obalających niejako całą „teorię”. Już samo określanie teorią zjawiska fizycznego, pokazuje, że większość osób zabierających się za krytykowanie, nawet jeśli tytułują się ekspertami (linku z litości nie podaję), nie wie o czym jest mowa. Poniżej kilka takich „pewniaków”, które w dyskusji na temat kryzysu energetycznego najczęściej padają i to zarówno ze strony laików jak i osób z tytułami naukowymi.

Podobno mamy jeszcze biliony baryłek złóż, więc jak ropa może się skończyć?

Przede wszystkim ropa nigdy się nie skończy. Fizyczna ekstrakcja złóż w 100% jest po prostu fizycznie niemożliwa. Cały problem polega jednak na malejącej produkcji, a nie na pozostałych złożach, czy nawet wysokości rezerw. Odpowiedź jednak na to pytanie jest bardziej złożona. W tej kwestii występują dwa poziomy ignorancji. Jeden, dosyć powszechny, będący typowym przekonaniem o nieograniczonych zasobach Ziemi, nie precyzuje, jakiej wielkości są złoża, po prostu ropy jest dużo. Drugi opiera się na błędnych (lub błędnie interpretowanych) danych USGS i powtarzanych przez kilka innych ośrodków takich CERA, czy EIA. Dane te były przygotowywane pod zamówienie polityczne i tak do rezerw wlicza się każdą kropelkę znanych złóż (np łupki bitumiczne, substancja o wartości opałowej porównywalnej z pieczonymi ziemniakami), jak i te nieznane (czyli to co może kiedyś zostanie odkryte). W ten sposób z pozostałych złóż wielkości biliona baryłek, robi się ponad trzy biliony rezerw. Kreatywna księgowość w pełnej krasie. Dokładniejsze wyliczenia na ten temat znajdują się tutaj.

Podobno ropy starczy nam jeszcze na 40 lat

Współczynnik R/P, czyli rezerw do produkcji jest wyjątkowo mylący i w dodatku nigdy nie będzie równał się zero, tylko dąży do pewnej asymptoty wraz z malejącą produkcją. Wydobycie ropy nie odbywa się na podobnej zasadzie jak ma to miejsce w samochodzie, gdzie paliwa ubywa nam w dosyć równym tempie, do momentu, gdy bak jest niemal pusty. Produkcja w pewnym momencie osiąga szczyt i później stopniowo maleje, tak jak to miało miejsce w USA w roku 1971 (Obecna produkcja to około 50% tej sprzed 36 lat).

Gdyby problem Peak Oil istniał na prawdę z pewnością rządy i duże korporacje by coś robiły, a media byłyby pełne informacji o zbliżającym się kryzysie.

Pytanie na pierwszy rzut oka wydaje się logiczne, ale przynajmniej część rządów dobrze wie jaka jest sytuacja (np. USA, Szwecja, Australia). O działaniach rządów poszczególnych państw, czy też Unii Europejskiej, jak i mediów można już było przeczytać tutaj. Dość powiedzieć, że nawet Pentagon zamierza uniezależnić się od ropy do 2050r. i przejść na elektryczność i wodór. Należy zadać sobie pytanie, jaki Departament Obrony miałby powód, aby wprowadzać np. czołgi napędzane wodorem. Kwestia mody na ekologiczne rozwiązania?

 

Jeśli ceny ropy pójdą w górę, popyt spadnie i wszystko wróci do normy.

Ropa jest dobrem o kluczowym znaczeniu, podobnie jak leki, czy żywność. Wysoka cena odtwarzaczy DVD, czy koszulek z podobizną Spidermana mogłaby „zniszczyć” popyt na dany produkt, ale nawet kilkukrotne podwyższenie ceny żywności nie zmniejszy znacznie zapotrzebowania na jedzenie. Są to tak zwane dobra o niskiej elastyczności popytu. Kryzysy naftowe, takie jak ten z 1973r. pokazują, że nawet znaczny wzrost cen obniża popyt jedynie o kilka procent. Dodatkowo ropa i jej produkty zaspokajają, bezpośrednio lub pośrednio, podstawowe potrzeby społeczeństwa, więc wysokie ceny paliw nie zmniejszą popytu na gaszenie pożarów, czy interwencje pogotowia, o produkcji żywności nie wspominając.

Z pewnością znajdziemy jeszcze dużo ropy.

Z pewnością od lat 60-tych znajdujemy coraz mniej ropy. Stany Zjednoczone, kraj który pod względem kapitałowym, technologicznym i politycznym, miał wyjątkowo dobre warunki do eksploracji nowych złóż, szczyt odkryć osiągnął w latach 30-tych! Predykcja USGS odnośnie przyszłych odkryć, okazała się jak dotąd przesadnie optymistyczna i jak do tej pory poziom rzeczywistych znalezisk wynosi niecałe 20% planowanego poziomu.

Czy biorąc pod uwagę rozwój naukowy i technologiczny nie można jednak mieć nadziei, że znalezione zostaną alternatywne źródła energii.

Nadzieję zawsze można mieć. Nikt rozsądny jednak nie będzie opierał długofalowych decyzji na nadziei na opracowanie technologii, tak jak większość z nas nie zaciąga krociowych pożyczek w nadziei na wygrana na loterii, czy nawet na dostanie świetnie płatnej pracy. Z pewnością pojawią się nowe technologie, ale bez jasnego określenia celów a przede wszystkim wdrożenia, dostępnych już dziś rozwiązań, nadchodzące wyzwania mogą nas przerosnąć. Aktualnie nie stać nas na luksus bezczynnego oczekiwania na cudowne rozwiązanie.

Już wielokrotnie mówiono, że ropa się skończy i jak do tej pory nic się nie wydarzyło.

Na tak logiczne stwierdzenie można odpowiedzieć jedynie „nosił wilk razy kilka…”. Wszystkie obecne przewidywania opierają się na konkretnych danych i fakt, że ktoś w przeszłości popełnił błąd, czy też opierał się na niepełnych danych nie zmienia wartości obecnych opracowań i z pewnością nie wpłynie na rzeczywistą produkcję ropy.

Ludzkość z czasem znajdowała nowe źródła energii. Najpierw było drewno, później węgiel, a teraz ropa. Jak przyjdzie czas na pewno coś znajdziemy.

Problem polega na tym, że czas na znalezienie nowego źródła energii już nadszedł, a my nadal nie posiadamy alternatywy. Wcześniejsze zmiany odbywały się stosunkowo łagodnie a niewykorzystane złoża węgla nadal są ogromne i wybór ropy i gazu ziemnego nie był dyktowany wyczerpaniem się zasobów.

Przecież niedługo ma powstać reaktor termojądrowy. Ludzkości już nigdy nie zabraknie energii.

To zależy od definicji „niedługo”. Planowany termin oddania pierwszego reaktora to 2040r. Kilka lat wcześniej mają się rozpocząć prace nad pierwszym komercyjnym projektem, który przypuszczalnie zostanie uruchomiony w połowie stulecia. Moc takiego reaktora wynosić będzie 0,5GW, czyli zastąpienie elektrowni Bełchatów wymagałoby zbudowania 8 takich reaktorów i inwestycji w wysokości budżetu średniej wielkości państwa. Jest jednak teoretycznie możliwe, że w okolicach roku 2100 na Ziemi większość energii będzie pozyskiwana z tego źródła, choć z wielu alternatywnych scenariuszy, ten wydaje się dosyć mało realny.

To wszystko wina Chin, Indii i pozostałych państw rozwijających się. Gospodarki najbogatszych państw są coraz bardziej wydajne.

Zużycie energii w przeliczeniu na głowę mieszkańca jest co najmniej kilkukrotnie wyższe w krajach rozwiniętych niż w krajach rozwijających się. I tak na przykład przeciętny Hindus zużywa ponad dziesięciokrotnie mniej ropy niż statystyczny mieszkaniec USA, więc nawet dynamiczny wzrost konsumpcji energii w Indiach powoduje, że wzrost liczony ilościowo (a nie procentowo) jest mniejszy. Wyjątkiem są Chiny (w 2004 wzrost rzędu 15%!), które niedługo mogą wyprzedzić Stany Zjednoczone, pod względem zużycia ropy. Jest to jednak kraj pięciokrotnie liczniejszy, więc ciężko obarczać kraje rozwijające się winą za nadmierną konsumpcję.

Postulowanie zmniejszenia zużycia energii, to czysty bolszewizm. Zwolennicy PEAK OIL chcieliby, żebyśmy wszyscy wrócili do lepianek.

Przeświadczenie, że wysokość konsumpcji surowców i energii wpływa pozytywnie na poziom życia, czy też poczucie „szczęścia” (wartość trudno mierzalna) niestety nie znajduje odzwierciedlenia w faktach. Konsumpcja energii w USA jest dwukrotnie wyższa niż np. w Irlandii, przy identycznym poziomie PKB per capita. Irlandia nie jest tutaj wyjątkiem i cała Unia Europejska wykazuje niższy poziom zużycia energii niż Stany Zjednoczone czy Kanada. Tak samo zużycie energii w Arabii Saudyjskiej, jest o 50% wyższe niż w Danii, a poziom życia nieporównywalnie niższy. Kuba, która zużywa kilkakrotnie mniej energii w przeliczeniu na mieszkańca niż USA, podobnie jak Polska, zapewnia za darmo swoim obywatelom opiekę zdrowotną i edukację, czego pozytywne efekty daje się zauważyć w takich wskaźnikach jak niska śmiertelność niemowląt, czy też poziom czytelnictwa. Pewne ważne aspekty życia z punktu widzenia potrzebnych surowców, czy energii kosztują nas bardzo niewiele, dlatego mniejsze zużycie energii nie musi oznaczać niewygód, gorszego zdrowia, czy też zapaści kulturowej i cywilizacyjnej. Pewne czynności, od lat zalecane jako element zdrowego trybu życia (np. spożywanie organicznej żywności, czy też jazda na rowerze), są jednocześnie bardzo wydajne pod względem energetycznym. Żarówka LED jest około dziesięciokrotnie bardziej wydajna niż zwykła, a mówiąc prosto „świeci tak samo”. Przykłady można mnożyć i wiele spraw wystarczy robić inaczej, niekoniecznie z ujemnym skutkiem dla jakości życia, a z pewnością oszczędne gospodarowanie energią nie oznacza mieszkania w lepiankach. Dysproporcje w energetycznym koszcie osiągania pożądanego poziomu życia w poszczególnych krajach widać już przy analizowaniu „tradycyjnych” wskaźników, takich jak PKB, czy długość życia. Gdyby analizować zagadnienie z pomocą mniej popularnych wskaźników (czyt. czysto bolszewickich), takich jak Happy Planet Index, czy też bhutańskie „Szczęście Krajowe Brutto” dysproporcje byłyby jeszcze bardziej widoczne.

Przecież są już samochody na wodór, które nie emitują spalin a przede wszystkim nie potrzebują ropy.

Nie potrzebują ropy, a dokładniej jej pochodnych do napędzania silnika, ale potrzebują wodoru, który trzeba wyprodukować (sam w sobie nie jest źródłem energii, a jedynie jej nośnikiem). Obecnie na skalę przemysłową uzyskuje się go z gazu ziemnego, a jedyna metoda produkcji wodoru, nieograniczona przez skończone zasoby surowca, to elektroliza wody, tutaj jednak problem pojawia się ze sporą stratą energetyczną, (co najmniej 50%) spowodowaną sprawnością samego procesu elektrolizy jak i ogniwa paliwowego. Jeśli więc nie będziemy używać ropopochodnych do napędzania samochodów i nasz wybór padnie na wodór, powstaje pytanie, jakie będzie źródło energii używanej do elektrolizy. Jedynie węgiel i energia nuklearna mają wystarczający potencjał, aby teoretycznie zaspokoić zwielokrotnione zapotrzebowanie na energię elektryczną. W praktyce jednak w przypadku węgla oznacza to katastrofę ekologiczną (jak i nieunikniony peak coal do końca XXIw.), a w przypadku reaktorów jądrowych poza częstymi obawami o możliwość skażenia, awarii czy ataku terrorystycznego, powstaje pytanie czy możliwe byłoby wybudowanie tysięcy reaktorów (obecnie na świecie istnieje niewiele ponad 400). Nawet przy rozłożeniu tego procesu budowy na pół wieku, praktycznie co 1-2 dni powinna być rozpoczynana budowa kolejnego reaktora. Oprócz ograniczeń skali, są jeszcze pewne drugorzędne, choć niepomijalne wady tego rozwiązania. Ogniwa paliwowe wymagają drogich i rzadkich metali takich jak platyna, tu na szczęście można zaobserwować znaczący postęp technologiczny. Drugi problem dotyczy przechowywania wodoru. Ma on tak małe rozmiary, że w postaci gazowej „ucieka” z zamkniętych pojemników i praktycznie każda metoda ma swoje minusy (np skraplanie pochłania bardzo dużo energii). Rozwiązanie to ma jednak swoje niewątpliwe plusy i przy ograniczeniu zapotrzebowania na paliwa płynne ma szanse w przyszłości stać się praktycznym nośnikiem energii wszędzie tam gdzie dostarczenie jej za pomocą tradycyjnych sieci przesyłowych jest niemożliwe, lub nieopłacalne. Jak każda technologia ma swoje plusy i minusy.

Gdyby wszyscy przesiedli się na samochody hybrydowe, potrzebowalibyśmy dużo mniej ropy.

Faktycznie zużycie paliwa przez samochody hybrydowe jest mniejsze niż średnia dla pojazdów obecnie znajdujących się w użyciu. Jednak najnowsze małolitrażowe silniki Diesla są często bardziej wydajne, a jednocześnie mniej kosztowne. W dodatku pomysł zamiany samochodów spalinowych na hybrydy jest prosty jedynie na poziomie deklaracji. Dziś szacuje się, że na świecie w użyciu znajduje się 600 milionów pojazdów i ciężko spodziewać się szybszego niż dwudziestoletniego procesu wymiany na pojazdy hybrydowe.

Przecież możemy jeździć na biodieslu, albo biethanolu.

Biopaliwa są obecnie jedyną alternatywą dla paliw płynnych i produkcja większości uprawianych w tym celu roślin, jest opłacalna zarówno ekonomicznie jak i energetycznie, (czyli otrzymujemy więcej energii niż zużyliśmy do produkcji). Są niechlubne wyjątki takie jak etanol uzyskany z kukurydzy czy zbóż, które balansują na granicy opłacalności energetycznej, jednak prace nad kilkoma perspektywicznymi technologiami, takimi jak etanol celulozowy, są na dobrej drodze i w niedługim czasie niewykluczone jest wprowadzenie ich na masową skalę. Jedyne zastrzeżenia, jakie można mieć do biopaliw do przede wszystkim wielkość produkcji. Mówiąc krótko mamy zbyt mało ziemi uprawnej, aby zaspokoić nawet znaczną część zapotrzebowania na paliwa płynne. Produkcja biopaliw wpływa też niekorzystnie na ceny i dostępność żywności, a w dodatku często potrafi być szkodliwa dla środowiska (np. wycinanie lasów pod pola uprawne w Ameryce Południowej).

Energia Słońca, czy energia oceanów jest wielokrotnie większa niż zapotrzebowanie ludzkości na energię, wystarczy ją wykorzystać.

Problem wykorzystania tej energii polega na skali naszych potrzeb. Pokrycie setek tysięcy kilometrów kwadratowych drogimi panelami fotowoltaicznymi, ze względów ekonomicznych, jak i praktycznych nie wchodzi w grę. Ta tzw. energia oceanów, pod którą przede wszystkim rozumie się energię pływów, ale także różnice temperatur czy też zasolenia wody morskiej, stanowią energię bardzo rozproszoną i przez to bardzo trudną do wykorzystania na nasze potrzeby. Dobre warunki do wykorzystania energii pływów występują w niewielu miejscach na Ziemi, a w pobliżu znacznych skupisk ludności w grę wchodzą praktycznie tylko wybrzeża Wielkiej Brytanii i Norwegii.

Ludzie wymienią żarówki na energooszczędne, a sprzęt AGD na nowy o klasie A i zużycie energii znaczenie spadnie.

Pomijając zjawisko paradoksu Jevonsa, oszczędności niestety szukać powinno się tam gdzie jest największe zużycie energii – w przemyśle, przy ogrzewaniu budynków, w transporcie etc. Nawet całkowite wyłączenie światła w domu, nie spowoduje takiego spadku zapotrzebowania na energię, jaki może dać obniżenie temperatury w domu o 1-2 stopnie, czy też dojazdy do pracy na rowerze, lub publicznymi środkami komunikacji. Oszczędności oczywiście należy szukać wszędzie, jednak tak postulowane przez niektórych całkowite wyłączanie sprzętu elektronicznego, (czyli niepozostawianie go w trybie stand-by) spowoduje bardzo nieznaczny spadek zużycia energii (w dodatku poza szczytem). Zakup energooszczędnej żarówki, czy kupno nowego sprzętu AGD ze znaczkiem A+, nie rozgrzesza nas z pewnością i warto przemyśleć specyfikę działania danego urządzenia, aby nie okazało się, że bardziej oszczędna technologia powoduje zwiększenie zużycia energii. Tak może się stać jeśli zainstalujemy żarówki CFL w miejscu gdzie światło jest włączane jedynie na krótki okres czasu (korytarze, łazienki), jako że przy starcie pobór energii jest znacznie wyższy niż wskazywałaby nominalna moc oświetlenia. I pamiętajmy zawsze, że do produkcji nowych urządzeń potrzeba sporo energii, czasami więcej niż dane urządzenie zużyje w trakcie swojego funkcjonowania.

Wyższe ceny ropy spowodują rozwój nowych technologii, a wydobycie ze złóż dotychczas nieopłacalnych nabierze ekonomicznego sensu.

Ta strona jest poświęcona przede wszystkim zagadnieniu peak oil, którego podstawy leżą w nauce i prawach fizyki. Kwestie ceny ustala rynek, (czyli omylne ludzkie istoty) i jak dotąd większy wpływ na ten czynnik miały wydarzenia na Bliskim Wschodzie, czy wypowiedzi Hugo Chaveza, niż np. zasada zachowania energii. Nawet astronomiczna cena ropy nie zmaterializuje nowych zasobów. Mówiąc krótko Z pustego i Salomon nie naleje. Ekonomiczność należy też rozpatrywać pod względem energetycznym. Jeżeli musimy zużyć więcej energii niż będziemy w stanie uzyskać, to całe przedsięwzięcie traci sens z punktu widzenia nie tylko ekonomii, ale i realiów czysto fizycznych. W Stanach Zjednoczonych, gdzie znajdują się jedne z najbardziej wyeksploatowanych złóż, przeciętnie trzeba zużyć 4 baryłki ropy do uzyskania 10. Zainwestowanie tych samych 4 baryłek w produkcję biopaliw mogłoby dać większy zysk energetyczny.

Z pewnością do obalania mitów jeszcze powrócimy, gdyż są to wyjątkowo żywotne bestie.

 

Wigilia Teotwawki

W dniu jutrzejszym, piętnastego marca 2007, do stolicy Austrii przybędą na spotkanie ministrowie państw OPEC. Pomimo z trudem skrywanej nerwowości, większość ekspertów uważa, że poziom produkcji zostanie utrzymany, choć powodów do wątpliwości w ostatnim czasie nie brakowało. Najpierw ukazało się kilka analiz (1, 2) pokazujących 8%! spadek produkcji w Arabii Saudyjskiej, jak i niedobrowolny charakter tego zjawiska, potwierdzający to o czym Matt Simmons, ekspert inwestycyjny branży naftowej, ostrzegał od kilku lat. Później ten największy na świecie eksporter ropy, ogłosił redukcje dostaw do azjatyckich rafinerii o 10% poniżej ustalonego poziomu, redukcja o kolejne 3% w porównaniu z marcem. W dodatku popyt w roku bieżącym ma wzrosnąć o kolejne 1,4 mbp/d do około 86 milinów baryłek dziennie. Do tego Międzynarodowa Agencja Energii ostrzega przed implikacjami kurczących się rezerw ropy i paliw płynnych (oczywiście mowa o „stocks”, a nie „reserves”). Do tego dwa największe pola naftowe na świecie – Ghawar i Burgan, podobnie jak meksykański Cantarell i pola na Morzu Północnym zanotowały raptowny i nieodwracalny spadek produkcji.

 

Sytuacja jest mówiąc najdelikatniej niewesoła i logicznym wydawałoby się głębiej zastanowić nad przyczynami spadku produkcji i uświadomienie sobie, że nie istnieje coś takiego jak nieograniczone zasoby. Jak to elegancko ujął Einstein: Tylko dwie rzeczy są nieskończone – wszechświat i ludzka głupota. Chociaż co do tego pierwszego nie mam pewności. Obecna reakcja ekspertów (broń boże geologów – chodzi o ekonomistów) świetnie pokazuje, co miał na myśli twórca teorii względności. Jedyną logiczną dla nich przyczyną jest próba podbicia cen przez OPEC, pomimo przekroczenia już dawno granicy, przy której wprowadzenie wielu alternatyw dla ropy staje się opłacalne. Niestety próby nakłonienia ekonomistów do uwzględnienia drugiej zasady termodynamiki w swoich modelach nieskończonego wzrostu gospodarczego i prosperity, nie dają najmniejszego efektu. Często powtarzane „nie można zjeść ciastka i mieć ciastko” odnośnie chociażby nadmiernego zadłużania się państw, nagle traci na ważności w odniesieniu do podstaw wszelkiego wzrostu ekonomicznego – energii i zasobów naturalnych. Wzrost według neoklasycznego paradygmatu jedynie powoduje przepływ materialnych dóbr, a nie jest przez fizyczne realia kształtowany. Wszystkie teorie dotyczące wzrostu gospodarczego wychodzą od uproszczonego modelu z uwzględnieniem dwóch czynników – kapitału i pracy, przy cudownym współudziale wzrostu wydajności oraz innowacji technologicznych (R. Solow, Cobb-Douglas, etc). Cała gospodarka przy tym utrzymuje się w swoistym „ekwilibrium”, niczym statyczny wszechświat Einsteina, gdzie wzrost wydajności pełni funkcję ekonomicznej stałej kosmologicznej. Prace, które próbowały przeanalizować realną wydajność (definiując ją jako użyte zasoby w przeliczeniu na uzyskany PKB), wykazywały wręcz odwrotne zjawisko (Making Development Work, Gregoire Leclerc & Charles Hall) i spadek wydajności, co współgrałoby ze zjawiskami malejących zysków, czy też paradoksu Jevonsa.

I tak dochodzimy do Wigilii Teotwawki. Teotwawki, choć brzmi egzotycznie, nie jest tajemnym świętem peruwiańskich Indian, lecz skrótem terminu The End Of The World As We Know It, określeniem wyrażającym przekonanie o nieuniknionych zmianach w globalnej skali. Oczywiście nie chcę sugerować, że w dniu jutrzejszym nastąpi coś wyjątkowego, a tym bardziej koniec świata. Choć z pewnością podjęcie decyzji przez OPEC o dalszej redukcji eksportu mogłoby zachwiać nadwyrężoną ostatnio gospodarką (tzw. „korekty” na giełdzie, czy też pęknięcie bańki na rynku nieruchomośći w USA). Jeśli jednak spojrzymy na problematykę w szerszej skali czasowej, bardziej istotne staje się ignorowanie wszelkich symptomów zmian i na dzień przed kolejnym „czarnym czwartkiem”, większość energii i wysiłku intelektualnego jest marnowana na zaprzeczanie oczywistym faktom. Należy mieć nadzieje, że tak jak w Wigilie Bożego Narodzenia zwierzęta mówią ludzkim głosem, tak w Wigilię Teotwawki, ekonomiści i decydenci przemówią głosem rozsądku.


Szersza perspektywa produkcji ropy

 

Bezpieczeństwo energetyczne Rosji.

Wiele uwagi, nie tylko w Polskich mediach, poświęca się tematyce bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju jak i Europy. Nie jest tajemnicą, że w znacznym stopniu państwa Środkowo-Wschodniej Europy są zależne od dostaw rosyjskiego gazu i ropy. Co interesujące, najwięcej uwagi poświęca się, ewentualnym naciskom politycznym, a pomija w dużym stopniu problemy infrastrukturalne, a przede wszystkim kwestie samych rezerw. Wiele mówi się o olbrzymim potencjale energetycznym Rosji, ale niewiele uwagi poświęca się rosnącemu popytowi wewnętrznemu i zapomina, że obecnie eksport gazu jest znacznie mniejszy niż zużycie w samej Federacji (w 2005 r. eksport wyniósł jedynie 216 mld m3 z wyprodukowanych 641 mld). Udział importu z Rosji, w zapotrzebowaniu Polski na surowce energetyczne wynosi 65% dla gazu i ponad 90% w przypadku ropy naftowej. W przypadku ropy, mamy możliwość importu drogą morską poprzez Gdański Naftoport (zdolność przeładunkowa 34 mln T rocznie), w przypadku gazu, jesteśmy skazani na dostawy z Rosji i własne złoża. Planowana budowa „gazoportu” może być dobrym sposobem na utopienie publicznych środków w mało perspektywicznym przedsięwzięciu. Problemem może okazać się zapewnienie ciągłości dostaw i zapewnienie kontraktów na dostawy z odpowiednim wyprzedzeniem. Obecnie Stany Zjednoczone, w coraz większym stopniu zależne od importu z Kanady, rozbudowują sieć terminali LNG z obecnie istniejących 5 do 23. W planach rozważa się kolejne pół setki inwestycji tego typu. Obecnie budowane „gazoporty” będą w przeciągu niespełna trzech tygodni przepompowywały ilość gazu równą rocznemu zapotrzebowaniu Polski. W równie trudnej sytuacji znajdują się, lub w niedługim czasie znajdą się inne bogate państwa – Wielka Brytania, Japonia, czy Chiny. Biorąc pod uwagę, że ilość chętnych na import LNG może znacznie przewyższyć możliwości eksportowe państw-producentów, wydaje się logicznym traktowanie Rosji jako głównego i praktycznie jedynego dostawcy gazu dla Polski.

Dla rosyjskiego gazu, stosunek rezerw do produkcji, na dzień dzisiejszy wynosi około 75 lat, w przypadku ropy 21 lat. Jak wiadomo eksploatacja złóż podlega ograniczeniom, a tempo wydobycia, dla każdego złoża, w pewnym momencie zaczyna spadać, jednak stosunek R/P daje nam pewne wyobrażenie o stanie eksploatacji omawianych złóż. Szczyt odkryć w Rosji miał miejsce na początku lat 60-tych. Należy nadmienić, że radzieccy geolodzy byli wyjątkowo skuteczni w poszukiwaniach i obecnie szanse na odkrycie większych, nieznanych dotąd złóż, są znikome. W przypadku Rosji mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem podwójnego szczytu produkcji ropy – pierwszy, poprzedzający zapaść gospodarczą w czasie upadku imperium sowieckiego, nastąpił w 1987 r. Drugi „peak” (przypuszczalnie na niższym poziomie niż pierwszy), będzie miał miejsce w najbliższych latach. Collin Campbell z ASPO International przewiduje szczyt produkcji ropy naftowej w Rosji na rok 2008; inne źródła podają lata 2009-2012 (np. 2009-2010 wg. M.Kołodziej, FSU Oil Production and GDP Decline, 2004)

Należy zauważyć jednocześnie, że do upadku Związku Radzieckiego w dużym stopniu przyczyniły się niskie ceny ropy narzucone przez OPEC w połowie lat 80-tych. Eksport ropy był podstawowym źródłem walut dla Sowietów, a drastyczny spadek cen z $26 do zaledwie $10, który nastąpił w przeciągu trzech miesięcy w czasie zimy 1985-86, spowodował całkowitą zapaść radzieckiej gospodarki.

Wszystkie największe złoża, takie jak Urungoj (swojego czasu drugie co do wielkości pole gazowe na świecie), przekroczyło swój szczyt wydobycia i ich udział w całkowitej produkcji systematycznie maleje. Poniższy wykres pochodzi z opracowania Międzynarodowej Agencji Energii dotyczącego zwiększenia wydajności rosyjskiego wydobycia i dystrybucji gazu. Jak łatwo zauważyć w celu utrzymania obecnego wydobycia Gazprom na przestrzeni najbliższych 15 lat będzie musiał uruchomić ogromną ilość nowych złóż. Łączna produkcja z tych „greenfields” (czyli całkiem dziewiczych przedsięwzięć) w 2020 r. będzie stanowić już blisko połowę produkcji i równać się dzisiejszemu całkowitemu eksportowi do krajów Europy Zachodniej. Niestety trudno szukać opracowania podobnego do Megaprojects Chris’a Skrebowskiego (analizującego planowane inwestycje z kilkuletnim wyprzedzeniem, do prognozowania przyszłego poziomu produkcji), dla rosyjskiego gazu, ale nie jest tajemnicą, że spora część ogromnych zysków spółek energetycznych w Federacji Rosyjskiej jest przeznaczana na inne niż inwestycyjne cele. Opracowania takie możliwe, że były wykonywane na potrzeby wewnętrzne, ale w Rosji informacje dotyczące rezerw są traktowane jako tajemnica państwowa, a za ich ujawnienie grozi kara do 7 lat więzienia. Gazprom będzie w stanie częściowo rekompensować spadki produkcji z obecnie eksploatowanych złóż importem gazu z byłych republik radzieckich w Azji Środkowej, jednak wątpliwe aby utrzymano planowane tempo wydobycia

Jean Laherrère przewiduje rosyjski szczyt produkcji gazu na rok 2020 na poziomie 980 mld m3/a, z czego eksport wynosić miałby 280 mld m3. Należy nadmienić, że szacunki te zakładają optymalne warunki finansowo-polityczne dla nowych inwestycji. Energy Charter Secretariat swego czasu podawał, że Unia Europejska w 2020 r będzie importować 250 mld m3 z Rosji (wymagałoby to znacznej redukcji konsumpcji), lecz z innych oficjalnych źródeł wynika, iż może to być nawet 75% unijnego zapotrzebowania na gaz ziemny, czyli 470 mld m3. Udział eksportu do państw Unii, w całkowitej rosyjskiej produkcji, mógłby jednak wzrosnąć, jeśli zostaną podjęte kroki w kierunku zwiększenia wydajności i ograniczenia popytu w samej Federacji.

Po stronie popytu mamy jednak do czynienia z kilkoma niekorzystnymi czynnikami. Aktualnie blisko połowa zużycia energii pierwotnej w Rosji, w tym produkcji energii elektrycznej, przypada na gaz. Ceny gazu na rynku wewnętrznym są subsydiowane a większość odbiorców indywidualnych nie posiada liczników. Wielkość produkcji przemysłowej w Rosji w ostatnich latach systematycznie rośnie, co w połączeniu z nikłymi inwestycjami w bardziej wydajne technologie, drastycznie zwiększa i tak ogromny popyt na rodzimy gaz. Popyt zewnętrzny także rośnie dynamicznie. Perspektywy malejącej produkcji z Morza Północnego, wraz z rosnącym popytem krajów Unii, zwiększają zainteresowanie rosyjskimi surowcami energetycznymi. W dokumencie unijnym Security of Energy Supply prognozuje się zwiększenie zależności energetycznej UE od Rosji z 59% w roku 2000 do 84% w 2030. Jasno wskazuje się na rosnące zapotrzebowanie, powołując się na prognozy Międzynarodowej Agencji Energii, zastrzegając jednak, że prognozy te nie uwzględniają ograniczeń podaży. W przypadku gazu ziemnego, dokument, powołując się na opracowania Laherrere’a, przewiduje, że w roku 2020 światowa produkcja nie będzie w stanie nadążyć za popytem, stopniowo przejdzie w plateau, aby w 2030 r. osiągnąć maksimum. Scenariusz ten jednak nie zakłada pokrycia zapotrzebowania na gaz wyłącznie importem z Rosji, ale także poprzez budowę gazociągów z Bliskiego Wschodu, oraz znaczne zwiększenie importu LNG drogą morską. Problem ze złożami w Afryce, Azji Środkowej, czy na Bliskim Wschodzie polega na bardzo silnej rywalizacji pomiędzy „wielkimi graczami” – USA, Chinami czy Indiami z Unią Europejską. Każde z tych państw ma wyjątkowo niekorzystną sytuację energetyczną i w ogromnym stopniu musi polegać na imporcie. Wątpliwym wydaje się uruchomienie gazociągu Nabucco z jego przedłużeniem do Iranu, podobnie jak wiele innych inwestycji w rejonach zagrożonych konfliktami zbrojnymi, stoi pod znakiem zapytania. Nawet rosyjskie surowce mogą popłynąć w kierunku przeciwnym, do Chin, Japonii czy Korei Południowej. Szczególnie, że dynamiczny wzrost zapotrzebowania na energię chińskiej gospodarki utrzymuje się niezmiennie od dwóch dekad i nic nie wskazuje, żeby miało się to zmienić w nadchodzących latach.

Jak widać problemy Polski są w dużym stopniu odzwierciedleniem problemów całej Unii – niezbyt optymistyczne perspektywy dla importu z Rosji i jednoczesne gorączkowe poszukiwania alternatywnych źródeł dostaw. Priorytetem w takiej sytuacji wydaje się zapewnienie możliwie dobrych stosunków z naszym wschodnim sąsiadem i wykorzystanie położenia Polski jako jednego z kluczowych państw tranzytowych na linii Rosja-EU. Dla zabezpieczenia własnych interesów powinniśmy obok naszego bezpieczeństwa energetycznego, zająć się także bezpieczeństwem energetycznym samej Rosji.

Człowiek – zwierze ropożerne

Człowiek jest zwierzęciem wszystkożernym, jednak człowiek współczesny jest przede wszystkim stworzeniem ropożernym. W dużym uproszczeniu dzisiejsza produkcja żywności polega na zamianie paliw kopalnych w żywność. Oczywiście nie należy odczytywać tego dosłownie, ale bez energii i surowców uzyskiwanych z paliw kopalnych, współczesne rolnictwo nie jest w stanie funkcjonować. Szczyt produkcji ropy naftowej i późniejszy jej spadek, najdotkliwiej odbije się na rolnictwie. Wprawdzie udział ropy w całkowitym zużyciu energii w produkcji rolnej jest niższy niż w transporcie i wynosi średnio 70-80%, lecz dużo trudniej znaleźć rozsądne substytuty dla tego źródła energii, nawet w dłuższej perspektywie. Dodatkowo, o ile zmiany w transporcie dóbr i ludności mogą być bardzo dotkliwe, o tyle nawet znaczne ograniczenie mobilności nie będzie tak bolesne jak problemy z produkcją żywności. Mechanizacja i niemal nieograniczony, na przestrzeni dekad, dostęp do paliw kopalnych przyczyniły się w olbrzymim stopniu do wzrostu wydajności rolnictwa, co zaowocowało światową eksplozję demograficzną. Pod względem wagi wydarzenia jedynie odejście od łowiectwa i rewolucja agrarna mogą mierzyć się z mechanizacją (industrializacją) rolnictwa. Pod względem dynamiki jest to wydarzenie bez precedensu w historii ludzkości. W XX w. liczba ludności wzrosła trzykrotnie, w tym samym czasie zużycie paliw kopalnych wzrosło 150-krotnie. Początek drugiej połowy XX wieku przyniósł ludzkości tzw. zieloną rewolucję, która dzięki masowemu zastosowaniu maszyn rolniczych, sztucznych nawozów, intensywnej irygacji czy wreszcie licznych środków ochrony roślin pozwoliło wyśrubować wydajność upraw na niewyobrażalny dla poprzednich pokoleń poziom. Podobnie industrializacja hodowli zwierząt pozwoliła na zwiększenie produkcji mięsa, mleka i pozostałych produktów pochodzenia zwierzęcego, a dzisiejsze pogłowie zwierząt hodowlanych liczone jest w miliardach.

Zielona rewolucja – dynamiczny wzrost wydajności produkcji rolnej w drugiej połowie XX wieku:

Liczba ludzi nadal zwiększa się, a jedno z głównych źródeł energii potrzebnych do produkcji żywności, jakim jest ropa, w niedługim czasie osiągnie maksimum wydobycia. Naturalnym pytaniem w takim momencie jest czy możliwe będzie w przyszłości wyżywienie dziewięciu miliardów ludzi, którzy wg danych ONZ mają żyć na Ziemi w 2050 roku. Choć wydajność upraw nadal rośnie, jednak produkcja żywności w przeliczeniu na mieszkańca globu spada (np. szczyt produkcji zbóż per capita przypada na rok 1984). Europa, poniekąd samowystarczalna pod względem produkcji żwyności, importuje miliony ton paszy dla zwierząt. W Stanach Zjednoczonych produkcja rolna w przeliczeniu na areał wzrosła w latach 1910-1983 o 346%, jednak w tym samym okresie zużycie energii na areał wzrosło ponad ośmiokrotnie! Jak widać prawo malejących zysków można odnieść także do produkcji rolnej i dalsze zwiększanie produkcji rolnej będzie wymagało zwiększonych nakładów energetycznych. Dodatkowo sytuację pogarsza fakt, że udział białka zwierzęcego w diecie zwiększa się, a hodowla zwierząt jest o rząd wielkości mniej wydajna od produkcji zbóż (od 11 do 17 kalorii paszy potrzebne jest do wyprodukowania 1 kalorii mięsa). Prosta kalkulacja ilości energii jaką ludzie potrzebują spożyć w postaci jedzenia (przyjmując obecną średnią 2800 kcal dziennie) oznaczałaby, że dziewięć miliardów ludzi potrzebować będzie 38,5 EJ/a, co przy energochłonnej produkcji, na wzór amerykański (10 kalorii energii na każdą kalorię jedzenia), wymagałoby „zainwestowania” 385 EJ/a, co jest niemal równe całkowitej obecnie zużywanej energii pierwotnej. Oczywiście rzeczywistość jest daleka od takiej sytuacji z dwóch powodów – miliony ludzi będą mogły jedynie marzyć o tak kalorycznej diecie, a przede wszystkim spora część produkcji rolnej nie jest tak intensywna pod względem energetycznym jak rolnictwo w Stanach Zjednoczonych, czy Unii Europejskiej. Nawet bez zbliżających się maksimów produkcji dwóch, najważniejszych dla produkcji rolnej kopalnych, czyli peak oil i peak gas, oczywiste staje się, że stoimy przed olbrzymim wyzwaniem. Jednym z pierwszych, który problematykę limitu wzrostu demograficznego poruszał był XIX-wieczny badacz i duchowny anglikański Thomas Malthus. Wskazywał on na rozbieżność pomiędzy geometrycznym przyrostem ludności a ograniczonymi zasobami żywności, wskazując połowę XIXw. jako moment, w którym produkcja żywności per capita, zacznie spadać. Z oczywistych względów jego przewidywania okazały się chybione, jednak pytanie o fizyczne granice wzrostu pozostało aktualne. XX wiek pokazał, że znaczny wzrost wydajności rolnictwa jest możliwy, jednak XXI wiek, z dużym prawdopodobieństwem, unaoczni, na jakich fundamentach był ten wzrost budowany.

W najnowszej historii znane są przypadki dwóch państw, gdzie w warunkach niemal laboratoryjnych, mogliśmy zaobserwować wpływ ograniczenia podaży ropy, na produkcję rolną państw uprzemysłowionych. Mowa tu o Kubie i Korei Północnej, które to przez lata otrzymywały pomoc od ZSRR w postaci dostaw taniej ropy. Po upadku Związku Radzieckiego dostawy te zostały przerwane, a gospodarki tych państw nie były w stanie zakupić potrzebnego paliwa po cenach rynkowych (Kuba dodatkowo była obłożona dosyć restrykcyjnym embargo). Oba te przypadki pokazują jak władze próbowały sobie radzić z tak dotkliwym wydarzeniem. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z gwałtownym spadkiem plonów jak i drastycznym zmniejszeniem używanych środków chemicznych, przede wszystkim nawozów azotowych. Zarówno w przypadku Korei, jak i Kuby, nastąpiła migracja ludności z miast na tereny wiejskie w wyniku prób zastąpienia maszyn rolniczych pracą wykonywaną przez zwierzęta i ludzi. Przeciętny Kubańczyk stracił w tym czasie 10 kg masy ciała, a kaloryczność diety spadła o 30%. W KRLD liczba osób pracujących przy produkcji rolnej wzrosła w tym samym czasie o 50%.Poniżej kilka wykresów ukazujących dynamikę zmian w okresie upadku Związku Radzieckiego.

Produkcja zbóż – KRLD:


Produkcja rolna – Kuba:

zużycie nawozów na hektar – Kuba

Przypadek Kuby może jednak napawać optymizmem. Pomimo znacznego obniżenia zużycia nawozów jak i maszyn rolniczych, produkcja żywności powróciła do poziomu zbliżonego do tego sprzed lat 90-tych. Produkcja rolna została przestawiona na bardziej „organiczne” metody uprawy, a umiejętne wykorzystanie gruntów w miastach (np. poprzez zamianę parkingów na małe pola uprawne) pozwoliło uzupełnić z czasem niedobór dostaw. Wbrew powszechnej opinii reżim Castro był w stanie utrzymać powszechną opiekę zdrowotną i edukację na odpowiednim poziomie, co zważywszy na masowe niedożywienie i wynikające z tego napięcia społeczne, należy uznać za wyczyn godny podziwu. Korea niestety dużo gorzej radzi sobie z kryzysem i od kilkunastu lat nie jest w stanie poradzić sobie z problemem głodu. Utrzymanie aparatu władzy, dużo bardziej opresyjnego niż kubański, przyczynia się do marnotrawienia i tak skromnych środków, a także hamuje niezbędną transformację rolnictwa. Dotarcie do danych dotyczących rolnictwa w KRLD jest trudne , ciężko więc jednoznacznie ocenić przyczyny niepowodzenia.

Niska wydajność i marnotrawstwo surowców, z jakim mamy do czynienia w rolnictwie, jakkolwiek powoduje problemy z dalszym zwiększaniem produkcji, daje jednak pole manewru do zwiększenia wydajności. Do problemu można podejść od dwóch stron – albo zminimalizować zużycie surowców i nakłady energetyczne, maksymalnie wykorzystując warunki naturalne, albo dzięki wprowadzeniu innowacji technologicznych, zwiększyć wydajność upraw. Pierwszą „filozofię” najlepiej oddaje tzw. Permaculture (od permanent agriculture). Termin ten, do tej pory nie doczekał się oficjalnego tłumaczenia na język polski (choć w internecie spotkać można termin permakultura), więc pozwolę sobie zaproponować łacińsko-grecki zlepek – permaponika. Ten nurt myślowy, który po latach obrósł w liczne, nierolnicze aspekty życia, został wymyślony przez dwóch Australijczyków – Bill’a Mollison’a i David’a Holmgren’a. Jest to planowanie ekosystemów rolniczych, gwarantujących zrównoważony rozwój, w oparciu o naturalny potencjał roślin. Jednym z podstawowych założeń jest zróżnicowanie gatunków, przy maksymalnym ograniczeniu nakładów energetycznych i surowców. Olbrzymie plantacje monokulturowe, są bardziej narażone na atak szkodników czy choroby, dlatego zróżnicowanie biologiczne pozwala zminimalizować zużycie środków ochrony. Całkowite wykorzystanie do nawożenia odchodów zwierzęcych i odpadów produkcji rolnej pozwala obyć się bez sztucznych nawozów. Podobnie irygacja, opiera się wyłącznie na wykorzystaniu wody dostępnej w ekosystemie, pozwala dostarczyć niezbędną ilość wody nawet w wyjątkowo niesprzyjających warunkach. Problem polega jednak na przeniesieniu tych zasad na większą skalę masowej produkcji. Permaponika wymaga znacznych nakładów ludzkiej pracy a specyfika półnaturalnych ekosystemów rolniczych, wyklucza użycie maszyn rolniczych na większą skalę. Wielu zwolenników permaponiki optuje także za dietą wegetariańską. Jakkolwiek silne są nasze przyzwyczajenia dietetyczne, jedno spojrzenie na dane dotyczące wydajności upraw i produktów zwierzęcych nie pozostawia wiele wątpliwości.

Diametralnie inne podejście, pokładające wiarę w ludzki geniusz, dysponuje szerokim spektrum innowacji technicznych – od inżynierii genetycznej, poprzez intensywne metody upraw, takie jak hydroponikę, czy też aeroponikę, po nanotechnologię. Część tych pomysłów pozostaje na razie w sferze science-fiction, lecz część już dziś jest dostępna. Problem, podobnie jak w przypadku permaponiki, pojawia się, kiedy staramy się przenieść dane rozwiązanie na skalę globalną. Każda z tych metod, mająca niezaprzeczalnie wiele zalet, nie pozwala w najbliższym czasie, zaspokoić rosnących potrzeb miliardów ludzi. Hydro- i aeroponika jak do tej pory były rozwijane pod kątem wypraw kosmicznych, lub stacji badawczych na Antarktydzie. Są to technologie, zwiększające uzależnienie od surowców i energii, czyli trudno pokładać w nich większe nadzieje. Mogą jednak odegrać znaczącą rolę w skali lokalnej, np w dużych miastach, za sprawą uniezależnienia od żyznych gruntów, mogą być uzupełnieniem innych metod produkcji.

Jednak największym zagrożeniem dla utrzymania odpowiedniego poziomu produkcji żywności, jest nakładanie się wielu niesprzyjających czynników w jednym czasie. Rezerwy zbóż osiągnęły najniższy od ponad 30 lat poziom i obecnie, liczone w stosunku do konsumpcji, wynoszą 57 dni. Nawet wyjątkowo korzystny pod względem zbiorów rok 2004, nie pozwolił odbudować rezerw. Wzrost wydajności systematycznie wyhamowuje od początku lat 90-tych a liczne anomalie pogodowe w ostatnich latach (które wg większości specjalistów mają się nasilić), oraz nierozważna gospodarka zasobami wody odbijają się negatywnie na produkcji rolnej. W perspektywie kilku dekad, należy liczyć się z ograniczeniem produkcji nawozów azotowych (uzyskiwane obecnie z gazu ziemnego), fosforowych (stosunek rezerw do produkcji wynosi obecnie około 60 lat), a także siarkowych (95% światowej produkcji siarki to surowiec uzyskiwany przy przetwarzaniu ropy i gazu). Obecnie kwestie dostępności nawozów nie są rozważane, jeśli jednak nadal będziemy podążać ścieżką wzrostu produkcji, opartej na intensywnym zużyciu surowców pochodzących spoza ekosystemu, w połowie XXI wieku problemy te mogą stać się bardzo realne. Sytuację, przede wszystkim państw najbiedniejszych, pogarsza dynamiczny wzrost produkcji biopaliw. Rolniczo użyteczne grunty przeznaczane są na produkcję paliw płynnych, co w oczywisty sposób odbija się na cenach żywności. Obecnie, każdego roku, liczba mieszkańców Ziemi powiększa się o 80 mln ludzi. Grunty orne zmniejszają się na skutek erozji (w tempie 25 miliardów ton rocznie!) oraz postępującej urbanizacji. Wszystkie te czynniki dodane razem, w połączeniu z Peak Oil, dają dosyć ponury obraz nadchodzących dekad.

Położenie Polski, na tle globalnych trudności, czy sytuacji w innych państwach europejskich, jest stosunkowo korzystne. Mamy jeden z korzystniejszych w Europie współczynników ilości gruntów rolnych na głowę mieszkańca. Duża, jak na standardy europejskie, część społeczeństwa jest zatrudniona w rolnictwie i przede wszystkim nadal kultywowane są tradycyjne sposoby upraw. Rozdrobniona struktura gospodarstw, tak przeklinana przez wielu, jest korzystna z punktu widzenia potencjalnych upraw permaponicznych. Oczywiście Polski nie ominie problem Peak Oil, a pod względem dostaw ropy jesteśmy praktycznie w 100% zależni od Rosji. Szczęśliwie rosyjski system dystrybucji ropy, oparty na sieci rurociągów, nawet w przypadku osiągnięcia szczytu produkcji w Rosji (przewidywany na 2008 r., C.Campbell), gwarantuje łagodny spadek dostaw w porównaniu do możliwych perturbacji u innych dostawców. Jeśli gotowi jesteśmy zaakceptować stopniowo rosnące ceny żywności, mamy dużą szansę na relatywnie łagodną transformację i jedynie od nas zależy, czy odpowiednio wcześnie podejmiemy działania.

State of the energy

Upłynęło zaledwie kilka dni od poprzedniego wpisu, dotyczącego aktualnych działań związanych z kryzysem energetycznym, a już wymaga on aktualizacji. George Bush w swoim orędziu o stanie państwa wyznaczył Ameryce ambitny plan Advanced Energy Initiative, który między innymi ma ograniczyć zużycie ropy o 20% w przeciągu 10 lat, czyli „Twenty in Ten”.

Plan Advanced Energy Initiative nie będzie dotyczyć jedynie ropy i zostaje poszerzony o kolejną dziedzinę – produkcję energii elektrycznej. Plan zakłada, że dzięki zastosowaniu technologii tzw. clean coal, inwestycjom w energię odnawialną, oraz energię atomową, planowane jest zmniejszenie zapotrzebowania na gaz ziemny, oraz obniżenie kosztów elektryczności. Oprócz 2 miliardów dolarów, które mają zasilić rozwój CCT , czyli czystych technologii węgla, dodatkowe 54 miliony zostaną przeznaczone na kolejną „Initiative”, tym razem nazwaną FutureGen. Ma to być program, który pozwoli wypracować technologię produkcji elektryczności z węgla przy całkowitej sekwestracji CO2. Technologie związane z energią odnawialną, czyli turbinami wiatrowymi i fotowoltaiką (tu wyraźne wskazanie na konkretne rozwiązanie techniczne) zostaną dofinansowane odpowiednio $44 i $148 mln.

W dziedzinie transportu, gdzie ma nastąpić jeszcze większa zmiana, proponowana redukcja o 20% zapotrzebowania na ropę, co w efekcie da 75% redukcję importu z rejonu Bliskiego Wschodu. Redukcja ta, ma zostać osiągnięta poprzez zwiększenie udziału biopaliw w całkowitej konsumpcji paliw płynnych. USA mają zwiększyć produkcję do 35 miliardów galonów, czyli ponad 830 milionów baryłek. Takie działania mają przynieść 15% redukcji w zapotrzebowaniu na rope, a zaostrzenie standardów CAFE dla samochodów osobowych ma przynieść kolejne 5%. Po raz kolejny G.W. Bush wspomniał o samochodach hybrydowych, plug-in hybrids oraz pojazdach napędzanych przy pomocy ogniw paliwowych przy zastosowaniu wodoru jako głównego nośnika energii. Po raz kolejny padają deklaracje odnośnie tzw. Hydrogen Fuel Initiative i programu FreedomCAR. Te ostatnie inicjatywy mają też uzyskać największe dofinansowanie, wyższe o rząd wielkości od pozostałych programów.

Brzmi pięknie? Tylko na pierwszy rzut oka. Mieszanina prawd i półprawd, ewentualności i pobożnych życzeń. Praktycznie wszystkie te inicjatywy de facto zwiększą zapotrzebowanie na energię. Produkcja biopaliw, w przeciwieństwie do importu ropy, wymaga wydatków energetycznych, a nie jedynie kapitałowych. Szacunki odnośnie EROEI, czyli zysku energetycznego, dla produkcji biopaliw są różne i zależą od wielu zmiennych czynników z pogodą włącznie. Jednak w najlepszym przypadku, przy obecnym zmechanizowanym rolnictwie, możemy uzyskać kilkakrotnie więcej energii niż zużyjemy. W najgorszym przypadku, przy produkcji etanolu z kukurydzy, jak to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, bilans energetyczny może być nawet ujemny i jedynie subsydiowanie rodzimej produkcji czyni ją opłacalną dla rolników. Szczęśliwie, Bush wspomniał o produkcji etanolu z celulozy, np. z tzw. Switchgrass, czyli prosa rózgowego. Jest ono dużo wydajniejsze od kukurydzy i wymaga dużo mniej środków ochrony i nawozów, które są pozyskiwane z ropy i gazu. Niestety efekt „zysku” z redukcji bezpośrednio zużywanej ropy, w najlepszym przypadku (EROEI rzędu 4-6 dla Switchgrass) zaowocuje zwiększeniem zapotrzebowania o 150-200 milionów baryłek do produkcji planowanych 830 milionów baryłek etanolu. Te szacunki nie uwzględniają energii potrzebnej do produkcji nowych maszyn, budowy biorafinerii itp. Dodatkowo ta bardzo wydajna roślina, przy tak wysokiej produkcji potrzebowałaby, obsadzenia blisko jednej dziesiątej dostępnych terenów uprawnych w USA. Wszystkie pomysły dotyczące samochodów hybrydowych czy elektrycznych, a przede wszystkim „wodorowych” spowodują zwielokrotnienie zapotrzebowania na energię elektryczną. Kolejnym powodem, dla którego zapotrzebowanie na energię, w ostatecznym rozrachunku wzrośnie, jest sam pomysł wymiany samochodów. Obecnie jest ich w USA 250 milionów, a ich wymiana na te wydajniejsze modele wg. obecnej administracji ma zająć 15 lat. Produkcja samochodu wymaga zużycia 4000-7000 litrów ropy. To oznacza, że na całą operację potrzeba ponad 8,5 miliarda baryłek ropy w 15 lat, czyli więcej niż wynosi roczne zapotrzebowanie Stanów Zjednoczonych. Oczywiście kupując importowane samochody, Amerykanie będą mogli część tych problemów eksportować, ale przypuszczam, że spółki z Detroit mają inne plany. Dla przypomnienia Ford ustanowił w zeszłym roku nowy rekord i straty koncernu wyniosły 12,6 miliarda dolarów! Wszystkie deklaracje zawarte w State of the Union teoretycznie idą w dobrym kierunku, jednak konkretne rozwiązania mogą przynieść odwrotny efekt niż zamierzony. Pomimo tych oczywistych kwestii, deklaracje składane przez Busha o redukcji zapotrzebowania na ropę można uznać za historyczne wydarzenie.

Zmowa milczenia, czy zbiorowa ignorancja?

Często słyszy się, że całe „zamieszanie” wokół peak oil nie może być prawdą, w przeciwnym wypadku „ktoś” podejmowałby w tym zakresie działania. Ten „ktoś” to oczywiście rządy, korporacje, ONZ czy Unia Europejska, a przede wszystkim media powinny być pełne informacji na ten temat. Prawda jest jednak taka, że w wielu państwach intensywnie się nad tym dyskutuje i media nie raz podnosiły tą tematykę. W dodatku jeśli wczytać się dokładnie w te bardziej optymistyczne dane ośrodków naukowych takich jak CERA (Cambridge Energy Research Associates) okaże się, że dane na których bazują nie do końca oddają rzeczywistość, a z pewnością nie napawają optymizmem. Pokrótce postaram się przedstawić jak wygląda w rzeczywistości podejście różnych państw i instytucji do, poniekąd nieistniejącego, tematu.

Naukowcy z CERA bardzo energicznie krytykują tzw. „peak oilers” za niemerytoryczną dyskusję i wprowadzanie niepotrzebnej paniki. Cała filozofia obalania bliskiej daty peak oil (nie samego faktu istnienia zjawiska; ich własne szacunki mówią o 2030 r.) polega na podawaniu dużo wyższych rezerw, dzięki czemu szczyt produkcji, który jak wiemy z teoretycznego modelu przypada na połowę całkowitego wydobycia, zostanie odsunięty o co najmniej 15-20 lat. Spójrzmy więc jak wyglądają ich szacunki, zaczerpnięte ze wspominanego już przeze mnie USGS World Petroleum Assessment 2000. Raport wydany, jak łatwo się domyślić w roku 2000, bazował na danych z 1996 r. i pod wieloma względami był przesadnie optymistyczny, co możemy z perspektywy 10 lat ocenić bez trudu. Jakie więc mają być „rzeczywiste” rezerwy? CERA podaje następujące liczby: dotychczasowa produkcja – 1078 Gb (miliardy baryłek), konwencjonalne rezerwy – OPEC 662 Gb, pozostałe państwa 404 Gb, czyli w sumie 1066 Gb. Jak widać do tej pory dane te zgadzają się z podanymi przeze mnie wcześniej „niemerytorycznymi” i „panikarskimi”. CERA podaje łączną ilość ropy, czyli URR dla całego świata na poziomie 4821 Gb (łącznie z już wydobytymi, nie pozostałe rezerwy jak się często błędnie podaje). Skąd w takim razie wydobędziemy brakujące 2677 Gb? CERA, bazując na danych USGS podaje następujące źródła: „ciężka” ropa i piaski roponośne 444 Gb, łupki bitumiczne 704 Gb, wydobycie z terenów arktycznych i odwiertów głębinowych odpowiednio 118 Gb i 61 Gb, dodatkowe wydobycie z istniejących złóż dzięki nowym technologiom 592 Gb, oraz nowe odkrycia, które mają nam przynieść dodatkowe 758 Gb. Pamiętajmy, że muszą to być rezerwy, które będziemy w stanie w przeciągu ćwierćwiecza (czyli do podanego przez CERA 2030 roku) uruchomić, aby miało to jakikolwiek wpływ na Peak Oil. Problem polega na tym, że część tych rezerw jest problematyczna w wydobyciu (złoża deep water i arktyczne), część wymaga dużych nakładów finansowych i przede wszystkim nie daje się w ich przypadku znacznie przyspieszyć produkcji (łupki i piaski), część znowu opiera się na czysto życzeniowym podejściu (zwiększenie rezerw i nowe odkrycia). Te dwa ostatnie źródła mają największe znaczenie i mają nam w sumie dać przeszło bilion baryłek. Problem polega na tym, że nowe odkrycia nie pojawiają się w takim tempie jak założyli sobie autorzy World Petroleum Assessment. Obecnie „wykonanie planu” w tym zakresie wynosi około 17,5%. Aby osiągnąć planowany poziom wzrostu rezerw na skutek zwiększenia wydajności wydobycia, do 592 miliardów baryłek potrzebowalibyśmy blisko 100 lat (obecnie wzrost wynosi około 0,5% rocznie). Pozostałe rezerwy, przypuszczalnie dadzą nam jedynie szanse na wydobycie ropy jeszcze przez dziesiątki lat, ale z pewnością nie oddalą wizji Peak Oil. Jak do tej pory łupki bitumiczne, czy złoża we Wschodniej Grenlandii (mające wynosić 47 miliardów baryłek) nastręczają ogromnych trudności technicznych, są nieopłacalne pod względem zarówno ekonomicznym jak i energetycznym i na razie nikt nie planuje ich komercyjnego wykorzystania. Jak widać bazując nawet na danych „optymistów” możemy mieć do czynienia ze szczytem produkcji w przeciągu 5-10 lat.

Skoro, bazując na powyższych danych widać, że problem jest realny i mówiąc najdelikatniej dosyć pilnie należy przedsięwziąć odpowiednie kroki zaradcze, jak to się dzieje, że „nikt nic nie robi”? Pomijając, że tematyka przewija się przez najbardziej prestiżowe media, począwszy od Financial Times, poprzez BBC, a kończąc chociażby na The Independent, musielibyśmy zignorować setki stron internetowych, które temat poruszają od dosyć dawna. Jeśli nigdy wcześniej o Peak Oil i kryzysie energetycznym nie słyszeliśmy to ciężko całą winą obarczać media. Widocznie inne informacje bardziej nas interesują, a brak „front page” dla tej tematyki nie zwalnia nas z krytycznego myślenia i dociekliwości. Media z pewnością mogłyby lepiej naświetlić sprawę, jednak jako podmioty działające na wolnym rynku, sprzedają to, co ludzie chcą kupić.

Podobnie sprawa wygląda, jeśli spojrzymy na działania rządów i instytucji publicznych. Dwa państwa znacząco się wybijają na tle reszty – Szwecja, która przyjęła program m.in. ograniczenia blisko o połowę zużycia ropy w transporcie do roku 2020 (dokument rządowy trochę na wyrost nazwany Making Sweden an OIL-FREE Society) oraz Australia, która powołała komisję senacką do spraw „peak oil” Australia’s future oil supply and alternative transport fuels, gdzie dużą rolę odgrywają doradcy z ASPO (The Association for the Study of Peak Oil and Gas). Nie tylko jednak te dwa państwa „coś robią”. Niewiele realnych działań podjęto w Stanach Zjednoczonych, jednak problem ten jest tam z pewnością rozpoznany na najwyższych szczeblach władzy. Wypada tutaj wspomnieć o Raporcie Hirscha, czy o wystąpieniu w Izbie Reprezentantów dotyczącego peak oil, które wygłosił w 2005 r. Roscoe Bartlett (chętni mogą je przeczytać lub obejrzeć). Także Unia Europejska zauważyła problem, choć nie został on wprost nazwany po imieniu. Dokument zatytułowany „Security of energy supply”, jest dosyć zachowawczy w proponowanych zmianach polityki energetycznej, ale padają w nim takie sentencje: „Era tanich i niewyczerpywalnych konwencjonalnych źródeł energii wydaje się dobiegać końca”, gdzie indziej pada takie zdanie „geopolityczna koncentracja potencjału produkcji ropy i gazu (…) wpłynie na wzmożoną międzynarodową rywalizację o kurczące się zasoby a w efekcie może doprowadzić do międzynarodowych konfliktów”. Nie można więc powiedzieć, że władze nie zauważają problemu. Raczej podobnie jak w przypadku mediów, dają wyborcom to, czego od nich oczekują – fałszywy komfort psychiczny.

Na koniec pozostaje zadać sobie pytanie jak, w obliczu potencjalnego kryzysu, zachowują się duże korporacje, a przede wszystkim najbardziej zainteresowane podażą ropy, spółki naftowe. Często można spotkać opinię, że obecne wysokie ceny tego surowca, wynikają z bliżej nieokreślonych machinacji tychże spółek. Fakt, że na wyższych cenach ropy, zarobiły krocie, ale pamiętajmy, że wysokie ceny są niezbędnym bodźcem do rozwoju alternatywnych technologii. Jak widać, pomimo sporego zainteresowania tematyką odnawialnych źródeł energii , cena w przypadku najbogatszych państw jest ciągle zbyt niska, aby problem potraktowano z całą powagą. Reakcje korporacji są bardzo różne. Od całkowitego zaprzeczenia istnienia zjawiska peak oil, po propagowanie wydajności energetycznej i takich akcji jak Will you join us. Na stronie tej, uruchomionej przez Chevron Corporation, możemy znaleźć takie wypowiedzi jak „one thing is clear: the era of easy oil is over”, albo „we can’t wait until a crisis forces us to do something”. Wypowiedzi wprost zachęcające do poszukiwania alternatyw dla ropy, oraz oszczędzania energii mogą dziwić, biorąc pod uwage, że Chevron czerpie zyski ze sprzedaży ropy.

Czy możemy więc mówić, że peak oil i problematyka kryzysu energetycznego, jest całkowicie pomijana w mediach? Czy możemy mówić, że międzynarodowe agencje, instytuty badawcze, ośrodki akademickie uważają ten problem, za nieistniejący? Czy możemy wreszcie powiedzieć, że rządy poszczególnych państw nic w tej sprawie nie robią? Odpowiedź w świetle powyższych informacji jest dosyć prosta. Pytanie, na które odpowiedź jest dużo trudniejsza brzmi, czemu temat ten nie funkcjonuje w debacie publicznej. Czemu jakiekolwiek działania są podejmowane dopiero teraz, a nie w latach 70-tych kiedy USA osiągnęły szczyty produkcji, a kryzysy naftowe były wystarczającym bodźcem do głębszych zmian? Tego przypuszczalnie nie dowiemy się nigdy.

Świat na ropie się nie kończy ….

Spadek produkcji ropy naftowej największy wpływ będzie miał na transport i rolnictwo. Dwie kluczowe gałęzie gospodarki, już teraz bardzo podatne na ceny paliw. Obecnie nie ma poważnej alternatywy dla paliw płynnych produkowanych z ropy. Takie branże jak lotnictwo są skazane na obumieranie, pomimo starań wprowadzenia innych paliw takich jak syntetyczne paliwo lotnicze otrzymywane np z węgla. Tzw. tanie linie lotnicze to łabędzi śpiew lotnictwa i w momencie, w którym ceny paliw osiągną tak wysoki poziom, że dalsze obniżanie standardów i przenoszenie części kosztów na pasażerów straci sens ekonomiczny. Nawet tanie linie lotnicze przestaną być tanie, a w przypadku tych firm niska cena to jedyny atut.

Jednak nie niskie koszty lotniczych podróży pasażerskich, a codzienny transport jest najważniejszy dla większości ludzi. Pomimo systematycznego zwiększania się wydajności silników spalinowych, co raz więcej podróżujemy. Przeciętna długość podróży (tzw VMT – vehicle miles of travel) w Europie w przeciągu 20 lat wzrosła o 40%. To właśnie dlatego pomimo większej wydajności pojazdów zużywamy coraz więcej paliw. Dystans podróży w przypadku przewozów pasażerskich (głównie indywidualnych) zwiększa się na skutek rozwoju przestrzennego miast, czyli tzw. sprawl. Puchnące niczym nowotwór przedmieścia, oprócz wielu problemów natury ekologicznej, społecznej czy też zdrowotnej, powodują wydłużanie się codziennych podróży do pracy, szkoły czy też sklepu. Po części jest to samonapędzający się mechanizm, w olbrzymim stopniu subsydiowany z publicznych pieniędzy, coś co James Howard Kunstler nazwał “the greatest misallocation of resources in the history of the world”. Ludzie chętniej budują domy z daleka od miast (rzekoma bliskość natury), dojazd jest łatwy i tani dzięki oszczędnym samochodom i drogom budowanym za publiczne pieniądze. Za migracją mieszczuchów podążają usługi, z przyczyn dosyć oczywistych muszą służyć klientom zamieszkującym duże tereny w porównaniu z miastem, co w jeszcze większym stopniu wymusza indywidualny sposób przemieszczania się. Zwiększone natężenie ruchu na, do niedawna wiejskich drogach, wymusza ich rozbudowę i modernizację. To z kolei powoduje, że ludzie chętniej się przeprowadzają za miasto, skoro dojazd staje się łatwiejszy. W ten sposób koło się zamyka, a pomimo praktycznie zerowego przyrostu naturalnego, nasze miasta zajmują coraz większe powierzchnie. Jak zwykle wyjątkowym przypadkiem są Stany Zjednoczone, gdzie rozprzestrzenianie się tkanki miejskiej ma wręcz monstrualny charakter a częścią american life style, jest podróżowanie własnym samochodem. Wiele jest powodów, dla których właśnie w USA sprawl tak bardzo się rozwinął, ale warto zauważyć, że silny przemysł naftowy i motoryzacyjny to najsilniejsze branże w tym kraju od wielu dekad. Niska gęstość ludności w porównaniu z Japonią czy Europą, niewielkie obciążenia podatkowe nakładane na paliwo jak i bardzo słabo rozwinięty system komunikacji miejskiej jak i kolei. O kompletny brak alternatyw w postaci transportu publicznego postarały się wyżej wymienione branże wykupując a później zamykając większość linii tramwajowych w USA.

Tak jak już wcześniej wspomniałem kilka przypadków z najnowszej historii pozwala nam lepiej zrozumieć mechanizmy jakie mogą zajść w przypadku bardziej gwałtownych zaburzeń podaży na rynku ropy naftowej. Dobrym przykładem jest rok 2000 w Wielkiej Brytanii i mini kryzys paliwowy wywołany przez strajkujących przewoźników. Znaczny spadek ilości samochodów na drogach, a przede wszystkim tankowanie “na zapas” jak i kupowanie żywności z obawy o możliwość przerwania dostaw. Tutaj ludzie wykazali się dosyć trzeźwą oceną sytuacji i nie należy posądzać ich o wpadanie w panikę. Zdali sobie sprawę z tego jak zależne są dostawy podstawowych produktów, przede wszystkim żywności, od podaży paliwa.

 

Transport samochodowy pod względem wydajności energetycznej jest jednym z najmniej wydajnych sposobów przemieszczania się. Jeśli uwzględnimy sprawność silników spalinowych stosunek masy pojazdu do masy kierowcy, oraz wszystkie opory występujące podczas jazdy jak i pracy silnika, okaże się że niespełna 1% energii zawartej w paliwie jest rzeczywiście wykorzystywany do przemieszczania pasażerów. Poniższe zestawieni pokazuje ile energii potrzeba do przemieszczenia jednej osoby na odległość jednego kilometra.

Oczywistym jest, że obecny model indywidualnego transportu oparty na samochodach osobowych jest najgorszym z możliwych w obliczu kurczących się zasobów paliw kopalnych. Niestety ze względu na swoją elastyczność jest również najwygodniejszym środkiem transportu. Dodatkowo transport publiczny także może być niewydajny, jeśli nie zapewnimy odpowiedniej liczby pasażerów. Prawie pusty pociąg, który napędzany jest prądem pozyskanym z paliw kopalnych (w przypadku Polski będzie to węgiel), będzie nawet mniej wydajny niż oszczędny samochód osobowy, o większej emisji CO2 nie wspominając. Najprostszym więc sposobem ograniczenia zużywanej energii w transporcie jest ograniczenie podróży. Mądre planowanie przestrzenne i rozwój miast są tutaj kluczowe, ale z pomocą przyjść mogą również mechanizmy podatkowe (wysokie opłaty rejestracyjne i akcyza), subsydiowanie transportu publicznego, a nawet sektor IT. Wyeliminowanie znacznej części zbędnych podróży do urzędów, banków, szkół czy pracy pozwoliłaby ograniczyć w dużym stopniu zużycie paliw płynnych. Najsmutniejsze jest, że obecna polityka zmierza w dokładnie przeciwnym kierunku, a decyzje odnośnie inwestycji w infrastrukturę, czy budownictwo, powinny być podejmowane w perspektywie wielu dekad.