Archiwum z styczeń, 2007|Strona archiwum miesięcznego

State of the energy

Upłynęło zaledwie kilka dni od poprzedniego wpisu, dotyczącego aktualnych działań związanych z kryzysem energetycznym, a już wymaga on aktualizacji. George Bush w swoim orędziu o stanie państwa wyznaczył Ameryce ambitny plan Advanced Energy Initiative, który między innymi ma ograniczyć zużycie ropy o 20% w przeciągu 10 lat, czyli “Twenty in Ten”.

Plan Advanced Energy Initiative nie będzie dotyczyć jedynie ropy i zostaje poszerzony o kolejną dziedzinę – produkcję energii elektrycznej. Plan zakłada, że dzięki zastosowaniu technologii tzw. clean coal, inwestycjom w energię odnawialną, oraz energię atomową, planowane jest zmniejszenie zapotrzebowania na gaz ziemny, oraz obniżenie kosztów elektryczności. Oprócz 2 miliardów dolarów, które mają zasilić rozwój CCT , czyli czystych technologii węgla, dodatkowe 54 miliony zostaną przeznaczone na kolejną “Initiative”, tym razem nazwaną FutureGen. Ma to być program, który pozwoli wypracować technologię produkcji elektryczności z węgla przy całkowitej sekwestracji CO2. Technologie związane z energią odnawialną, czyli turbinami wiatrowymi i fotowoltaiką (tu wyraźne wskazanie na konkretne rozwiązanie techniczne) zostaną dofinansowane odpowiednio $44 i $148 mln.

W dziedzinie transportu, gdzie ma nastąpić jeszcze większa zmiana, proponowana redukcja o 20% zapotrzebowania na ropę, co w efekcie da 75% redukcję importu z rejonu Bliskiego Wschodu. Redukcja ta, ma zostać osiągnięta poprzez zwiększenie udziału biopaliw w całkowitej konsumpcji paliw płynnych. USA mają zwiększyć produkcję do 35 miliardów galonów, czyli ponad 830 milionów baryłek. Takie działania mają przynieść 15% redukcji w zapotrzebowaniu na rope, a zaostrzenie standardów CAFE dla samochodów osobowych ma przynieść kolejne 5%. Po raz kolejny G.W. Bush wspomniał o samochodach hybrydowych, plug-in hybrids oraz pojazdach napędzanych przy pomocy ogniw paliwowych przy zastosowaniu wodoru jako głównego nośnika energii. Po raz kolejny padają deklaracje odnośnie tzw. Hydrogen Fuel Initiative i programu FreedomCAR. Te ostatnie inicjatywy mają też uzyskać największe dofinansowanie, wyższe o rząd wielkości od pozostałych programów.

Brzmi pięknie? Tylko na pierwszy rzut oka. Mieszanina prawd i półprawd, ewentualności i pobożnych życzeń. Praktycznie wszystkie te inicjatywy de facto zwiększą zapotrzebowanie na energię. Produkcja biopaliw, w przeciwieństwie do importu ropy, wymaga wydatków energetycznych, a nie jedynie kapitałowych. Szacunki odnośnie EROEI, czyli zysku energetycznego, dla produkcji biopaliw są różne i zależą od wielu zmiennych czynników z pogodą włącznie. Jednak w najlepszym przypadku, przy obecnym zmechanizowanym rolnictwie, możemy uzyskać kilkakrotnie więcej energii niż zużyjemy. W najgorszym przypadku, przy produkcji etanolu z kukurydzy, jak to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, bilans energetyczny może być nawet ujemny i jedynie subsydiowanie rodzimej produkcji czyni ją opłacalną dla rolników. Szczęśliwie, Bush wspomniał o produkcji etanolu z celulozy, np. z tzw. Switchgrass, czyli prosa rózgowego. Jest ono dużo wydajniejsze od kukurydzy i wymaga dużo mniej środków ochrony i nawozów, które są pozyskiwane z ropy i gazu. Niestety efekt “zysku” z redukcji bezpośrednio zużywanej ropy, w najlepszym przypadku (EROEI rzędu 4-6 dla Switchgrass) zaowocuje zwiększeniem zapotrzebowania o 150-200 milionów baryłek do produkcji planowanych 830 milionów baryłek etanolu. Te szacunki nie uwzględniają energii potrzebnej do produkcji nowych maszyn, budowy biorafinerii itp. Dodatkowo ta bardzo wydajna roślina, przy tak wysokiej produkcji potrzebowałaby, obsadzenia blisko jednej dziesiątej dostępnych terenów uprawnych w USA. Wszystkie pomysły dotyczące samochodów hybrydowych czy elektrycznych, a przede wszystkim “wodorowych” spowodują zwielokrotnienie zapotrzebowania na energię elektryczną. Kolejnym powodem, dla którego zapotrzebowanie na energię, w ostatecznym rozrachunku wzrośnie, jest sam pomysł wymiany samochodów. Obecnie jest ich w USA 250 milionów, a ich wymiana na te wydajniejsze modele wg. obecnej administracji ma zająć 15 lat. Produkcja samochodu wymaga zużycia 4000-7000 litrów ropy. To oznacza, że na całą operację potrzeba ponad 8,5 miliarda baryłek ropy w 15 lat, czyli więcej niż wynosi roczne zapotrzebowanie Stanów Zjednoczonych. Oczywiście kupując importowane samochody, Amerykanie będą mogli część tych problemów eksportować, ale przypuszczam, że spółki z Detroit mają inne plany. Dla przypomnienia Ford ustanowił w zeszłym roku nowy rekord i straty koncernu wyniosły 12,6 miliarda dolarów! Wszystkie deklaracje zawarte w State of the Union teoretycznie idą w dobrym kierunku, jednak konkretne rozwiązania mogą przynieść odwrotny efekt niż zamierzony. Pomimo tych oczywistych kwestii, deklaracje składane przez Busha o redukcji zapotrzebowania na ropę można uznać za historyczne wydarzenie.

Zmowa milczenia, czy zbiorowa ignorancja?

Często słyszy się, że całe “zamieszanie” wokół peak oil nie może być prawdą, w przeciwnym wypadku “ktoś” podejmowałby w tym zakresie działania. Ten “ktoś” to oczywiście rządy, korporacje, ONZ czy Unia Europejska, a przede wszystkim media powinny być pełne informacji na ten temat. Prawda jest jednak taka, że w wielu państwach intensywnie się nad tym dyskutuje i media nie raz podnosiły tą tematykę. W dodatku jeśli wczytać się dokładnie w te bardziej optymistyczne dane ośrodków naukowych takich jak CERA (Cambridge Energy Research Associates) okaże się, że dane na których bazują nie do końca oddają rzeczywistość, a z pewnością nie napawają optymizmem. Pokrótce postaram się przedstawić jak wygląda w rzeczywistości podejście różnych państw i instytucji do, poniekąd nieistniejącego, tematu.

Naukowcy z CERA bardzo energicznie krytykują tzw. “peak oilers” za niemerytoryczną dyskusję i wprowadzanie niepotrzebnej paniki. Cała filozofia obalania bliskiej daty peak oil (nie samego faktu istnienia zjawiska; ich własne szacunki mówią o 2030 r.) polega na podawaniu dużo wyższych rezerw, dzięki czemu szczyt produkcji, który jak wiemy z teoretycznego modelu przypada na połowę całkowitego wydobycia, zostanie odsunięty o co najmniej 15-20 lat. Spójrzmy więc jak wyglądają ich szacunki, zaczerpnięte ze wspominanego już przeze mnie USGS World Petroleum Assessment 2000. Raport wydany, jak łatwo się domyślić w roku 2000, bazował na danych z 1996 r. i pod wieloma względami był przesadnie optymistyczny, co możemy z perspektywy 10 lat ocenić bez trudu. Jakie więc mają być “rzeczywiste” rezerwy? CERA podaje następujące liczby: dotychczasowa produkcja – 1078 Gb (miliardy baryłek), konwencjonalne rezerwy – OPEC 662 Gb, pozostałe państwa 404 Gb, czyli w sumie 1066 Gb. Jak widać do tej pory dane te zgadzają się z podanymi przeze mnie wcześniej “niemerytorycznymi” i “panikarskimi”. CERA podaje łączną ilość ropy, czyli URR dla całego świata na poziomie 4821 Gb (łącznie z już wydobytymi, nie pozostałe rezerwy jak się często błędnie podaje). Skąd w takim razie wydobędziemy brakujące 2677 Gb? CERA, bazując na danych USGS podaje następujące źródła: “ciężka” ropa i piaski roponośne 444 Gb, łupki bitumiczne 704 Gb, wydobycie z terenów arktycznych i odwiertów głębinowych odpowiednio 118 Gb i 61 Gb, dodatkowe wydobycie z istniejących złóż dzięki nowym technologiom 592 Gb, oraz nowe odkrycia, które mają nam przynieść dodatkowe 758 Gb. Pamiętajmy, że muszą to być rezerwy, które będziemy w stanie w przeciągu ćwierćwiecza (czyli do podanego przez CERA 2030 roku) uruchomić, aby miało to jakikolwiek wpływ na Peak Oil. Problem polega na tym, że część tych rezerw jest problematyczna w wydobyciu (złoża deep water i arktyczne), część wymaga dużych nakładów finansowych i przede wszystkim nie daje się w ich przypadku znacznie przyspieszyć produkcji (łupki i piaski), część znowu opiera się na czysto życzeniowym podejściu (zwiększenie rezerw i nowe odkrycia). Te dwa ostatnie źródła mają największe znaczenie i mają nam w sumie dać przeszło bilion baryłek. Problem polega na tym, że nowe odkrycia nie pojawiają się w takim tempie jak założyli sobie autorzy World Petroleum Assessment. Obecnie “wykonanie planu” w tym zakresie wynosi około 17,5%. Aby osiągnąć planowany poziom wzrostu rezerw na skutek zwiększenia wydajności wydobycia, do 592 miliardów baryłek potrzebowalibyśmy blisko 100 lat (obecnie wzrost wynosi około 0,5% rocznie). Pozostałe rezerwy, przypuszczalnie dadzą nam jedynie szanse na wydobycie ropy jeszcze przez dziesiątki lat, ale z pewnością nie oddalą wizji Peak Oil. Jak do tej pory łupki bitumiczne, czy złoża we Wschodniej Grenlandii (mające wynosić 47 miliardów baryłek) nastręczają ogromnych trudności technicznych, są nieopłacalne pod względem zarówno ekonomicznym jak i energetycznym i na razie nikt nie planuje ich komercyjnego wykorzystania. Jak widać bazując nawet na danych “optymistów” możemy mieć do czynienia ze szczytem produkcji w przeciągu 5-10 lat.

Skoro, bazując na powyższych danych widać, że problem jest realny i mówiąc najdelikatniej dosyć pilnie należy przedsięwziąć odpowiednie kroki zaradcze, jak to się dzieje, że “nikt nic nie robi”? Pomijając, że tematyka przewija się przez najbardziej prestiżowe media, począwszy od Financial Times, poprzez BBC, a kończąc chociażby na The Independent, musielibyśmy zignorować setki stron internetowych, które temat poruszają od dosyć dawna. Jeśli nigdy wcześniej o Peak Oil i kryzysie energetycznym nie słyszeliśmy to ciężko całą winą obarczać media. Widocznie inne informacje bardziej nas interesują, a brak “front page” dla tej tematyki nie zwalnia nas z krytycznego myślenia i dociekliwości. Media z pewnością mogłyby lepiej naświetlić sprawę, jednak jako podmioty działające na wolnym rynku, sprzedają to, co ludzie chcą kupić.

Podobnie sprawa wygląda, jeśli spojrzymy na działania rządów i instytucji publicznych. Dwa państwa znacząco się wybijają na tle reszty – Szwecja, która przyjęła program m.in. ograniczenia blisko o połowę zużycia ropy w transporcie do roku 2020 (dokument rządowy trochę na wyrost nazwany Making Sweden an OIL-FREE Society) oraz Australia, która powołała komisję senacką do spraw “peak oil” Australia’s future oil supply and alternative transport fuels, gdzie dużą rolę odgrywają doradcy z ASPO (The Association for the Study of Peak Oil and Gas). Nie tylko jednak te dwa państwa “coś robią”. Niewiele realnych działań podjęto w Stanach Zjednoczonych, jednak problem ten jest tam z pewnością rozpoznany na najwyższych szczeblach władzy. Wypada tutaj wspomnieć o Raporcie Hirscha, czy o wystąpieniu w Izbie Reprezentantów dotyczącego peak oil, które wygłosił w 2005 r. Roscoe Bartlett (chętni mogą je przeczytać lub obejrzeć). Także Unia Europejska zauważyła problem, choć nie został on wprost nazwany po imieniu. Dokument zatytułowany “Security of energy supply”, jest dosyć zachowawczy w proponowanych zmianach polityki energetycznej, ale padają w nim takie sentencje: “Era tanich i niewyczerpywalnych konwencjonalnych źródeł energii wydaje się dobiegać końca”, gdzie indziej pada takie zdanie “geopolityczna koncentracja potencjału produkcji ropy i gazu (…) wpłynie na wzmożoną międzynarodową rywalizację o kurczące się zasoby a w efekcie może doprowadzić do międzynarodowych konfliktów”. Nie można więc powiedzieć, że władze nie zauważają problemu. Raczej podobnie jak w przypadku mediów, dają wyborcom to, czego od nich oczekują – fałszywy komfort psychiczny.

Na koniec pozostaje zadać sobie pytanie jak, w obliczu potencjalnego kryzysu, zachowują się duże korporacje, a przede wszystkim najbardziej zainteresowane podażą ropy, spółki naftowe. Często można spotkać opinię, że obecne wysokie ceny tego surowca, wynikają z bliżej nieokreślonych machinacji tychże spółek. Fakt, że na wyższych cenach ropy, zarobiły krocie, ale pamiętajmy, że wysokie ceny są niezbędnym bodźcem do rozwoju alternatywnych technologii. Jak widać, pomimo sporego zainteresowania tematyką odnawialnych źródeł energii , cena w przypadku najbogatszych państw jest ciągle zbyt niska, aby problem potraktowano z całą powagą. Reakcje korporacji są bardzo różne. Od całkowitego zaprzeczenia istnienia zjawiska peak oil, po propagowanie wydajności energetycznej i takich akcji jak Will you join us. Na stronie tej, uruchomionej przez Chevron Corporation, możemy znaleźć takie wypowiedzi jak “one thing is clear: the era of easy oil is over”, albo “we can’t wait until a crisis forces us to do something”. Wypowiedzi wprost zachęcające do poszukiwania alternatyw dla ropy, oraz oszczędzania energii mogą dziwić, biorąc pod uwage, że Chevron czerpie zyski ze sprzedaży ropy.

Czy możemy więc mówić, że peak oil i problematyka kryzysu energetycznego, jest całkowicie pomijana w mediach? Czy możemy mówić, że międzynarodowe agencje, instytuty badawcze, ośrodki akademickie uważają ten problem, za nieistniejący? Czy możemy wreszcie powiedzieć, że rządy poszczególnych państw nic w tej sprawie nie robią? Odpowiedź w świetle powyższych informacji jest dosyć prosta. Pytanie, na które odpowiedź jest dużo trudniejsza brzmi, czemu temat ten nie funkcjonuje w debacie publicznej. Czemu jakiekolwiek działania są podejmowane dopiero teraz, a nie w latach 70-tych kiedy USA osiągnęły szczyty produkcji, a kryzysy naftowe były wystarczającym bodźcem do głębszych zmian? Tego przypuszczalnie nie dowiemy się nigdy.

Świat na ropie się nie kończy ….

Spadek produkcji ropy naftowej największy wpływ będzie miał na transport i rolnictwo. Dwie kluczowe gałęzie gospodarki, już teraz bardzo podatne na ceny paliw. Obecnie nie ma poważnej alternatywy dla paliw płynnych produkowanych z ropy. Takie branże jak lotnictwo są skazane na obumieranie, pomimo starań wprowadzenia innych paliw takich jak syntetyczne paliwo lotnicze otrzymywane np z węgla. Tzw. tanie linie lotnicze to łabędzi śpiew lotnictwa i w momencie, w którym ceny paliw osiągną tak wysoki poziom, że dalsze obniżanie standardów i przenoszenie części kosztów na pasażerów straci sens ekonomiczny. Nawet tanie linie lotnicze przestaną być tanie, a w przypadku tych firm niska cena to jedyny atut.

Jednak nie niskie koszty lotniczych podróży pasażerskich, a codzienny transport jest najważniejszy dla większości ludzi. Pomimo systematycznego zwiększania się wydajności silników spalinowych, co raz więcej podróżujemy. Przeciętna długość podróży (tzw VMT – vehicle miles of travel) w Europie w przeciągu 20 lat wzrosła o 40%. To właśnie dlatego pomimo większej wydajności pojazdów zużywamy coraz więcej paliw. Dystans podróży w przypadku przewozów pasażerskich (głównie indywidualnych) zwiększa się na skutek rozwoju przestrzennego miast, czyli tzw. sprawl. Puchnące niczym nowotwór przedmieścia, oprócz wielu problemów natury ekologicznej, społecznej czy też zdrowotnej, powodują wydłużanie się codziennych podróży do pracy, szkoły czy też sklepu. Po części jest to samonapędzający się mechanizm, w olbrzymim stopniu subsydiowany z publicznych pieniędzy, coś co James Howard Kunstler nazwał “the greatest misallocation of resources in the history of the world”. Ludzie chętniej budują domy z daleka od miast (rzekoma bliskość natury), dojazd jest łatwy i tani dzięki oszczędnym samochodom i drogom budowanym za publiczne pieniądze. Za migracją mieszczuchów podążają usługi, z przyczyn dosyć oczywistych muszą służyć klientom zamieszkującym duże tereny w porównaniu z miastem, co w jeszcze większym stopniu wymusza indywidualny sposób przemieszczania się. Zwiększone natężenie ruchu na, do niedawna wiejskich drogach, wymusza ich rozbudowę i modernizację. To z kolei powoduje, że ludzie chętniej się przeprowadzają za miasto, skoro dojazd staje się łatwiejszy. W ten sposób koło się zamyka, a pomimo praktycznie zerowego przyrostu naturalnego, nasze miasta zajmują coraz większe powierzchnie. Jak zwykle wyjątkowym przypadkiem są Stany Zjednoczone, gdzie rozprzestrzenianie się tkanki miejskiej ma wręcz monstrualny charakter a częścią american life style, jest podróżowanie własnym samochodem. Wiele jest powodów, dla których właśnie w USA sprawl tak bardzo się rozwinął, ale warto zauważyć, że silny przemysł naftowy i motoryzacyjny to najsilniejsze branże w tym kraju od wielu dekad. Niska gęstość ludności w porównaniu z Japonią czy Europą, niewielkie obciążenia podatkowe nakładane na paliwo jak i bardzo słabo rozwinięty system komunikacji miejskiej jak i kolei. O kompletny brak alternatyw w postaci transportu publicznego postarały się wyżej wymienione branże wykupując a później zamykając większość linii tramwajowych w USA.

Tak jak już wcześniej wspomniałem kilka przypadków z najnowszej historii pozwala nam lepiej zrozumieć mechanizmy jakie mogą zajść w przypadku bardziej gwałtownych zaburzeń podaży na rynku ropy naftowej. Dobrym przykładem jest rok 2000 w Wielkiej Brytanii i mini kryzys paliwowy wywołany przez strajkujących przewoźników. Znaczny spadek ilości samochodów na drogach, a przede wszystkim tankowanie “na zapas” jak i kupowanie żywności z obawy o możliwość przerwania dostaw. Tutaj ludzie wykazali się dosyć trzeźwą oceną sytuacji i nie należy posądzać ich o wpadanie w panikę. Zdali sobie sprawę z tego jak zależne są dostawy podstawowych produktów, przede wszystkim żywności, od podaży paliwa.

 

Transport samochodowy pod względem wydajności energetycznej jest jednym z najmniej wydajnych sposobów przemieszczania się. Jeśli uwzględnimy sprawność silników spalinowych stosunek masy pojazdu do masy kierowcy, oraz wszystkie opory występujące podczas jazdy jak i pracy silnika, okaże się że niespełna 1% energii zawartej w paliwie jest rzeczywiście wykorzystywany do przemieszczania pasażerów. Poniższe zestawieni pokazuje ile energii potrzeba do przemieszczenia jednej osoby na odległość jednego kilometra.

Oczywistym jest, że obecny model indywidualnego transportu oparty na samochodach osobowych jest najgorszym z możliwych w obliczu kurczących się zasobów paliw kopalnych. Niestety ze względu na swoją elastyczność jest również najwygodniejszym środkiem transportu. Dodatkowo transport publiczny także może być niewydajny, jeśli nie zapewnimy odpowiedniej liczby pasażerów. Prawie pusty pociąg, który napędzany jest prądem pozyskanym z paliw kopalnych (w przypadku Polski będzie to węgiel), będzie nawet mniej wydajny niż oszczędny samochód osobowy, o większej emisji CO2 nie wspominając. Najprostszym więc sposobem ograniczenia zużywanej energii w transporcie jest ograniczenie podróży. Mądre planowanie przestrzenne i rozwój miast są tutaj kluczowe, ale z pomocą przyjść mogą również mechanizmy podatkowe (wysokie opłaty rejestracyjne i akcyza), subsydiowanie transportu publicznego, a nawet sektor IT. Wyeliminowanie znacznej części zbędnych podróży do urzędów, banków, szkół czy pracy pozwoliłaby ograniczyć w dużym stopniu zużycie paliw płynnych. Najsmutniejsze jest, że obecna polityka zmierza w dokładnie przeciwnym kierunku, a decyzje odnośnie inwestycji w infrastrukturę, czy budownictwo, powinny być podejmowane w perspektywie wielu dekad.

Tik, tak, tik … kiedy nastąpi peak? c.d.

Kontynując próby oszacowania daty Peak Oil przedstawię poniżej pozostałe trzy metody.

Metoda II – którą zaproponował, budzący czasami wiele kontrowersji, dr Richard Duncan, polega w dużym uproszczeniu na dodaniu do siebie wszystkich peak’ow poszczególnych państw w celu uzyskania daty światowego szczytu produkcji. Do uzyskania wyników dla poszczególnych krajów, Duncan posłużył się własną metodą modelowania za pomocą tzw. Heurystycznej Metody Prognozowania [wydobycia] Ropy. Wynik jaki otrzymał to peak w roku 2007.
Metoda III – przesunięcie szczytu produkcji o 40 lat, względem maksimum odkryć.

To druga metoda, która jedynie podsuwa nam kolejną wskazówkę odnośnie przyszłego poziomu wydobycia ropy, nie opierając się jednak na konkretnych prawach przyrody. Jeśli uśrednić różnicę pomiędzy szczytem odkryć a szczytem wydobycia, w tych państwach, które peak mają już za sobą, otrzymamy właśnie wynik 40 lat. Oczywiście każdy przypadek jest inny i wiele czynników ma tutaj wpływ na szybkość z jaką eksploatowano złoża. Państwa o wysokim stopniu techniki, stabilne politycznie i finansowo, takie jak trójka eksploatująca złoża na Morzu Północnym, czyli Dania, Norwegia i Wielka Brytania, potrzebowały mniej czasu na osiągnięcie szczytu produkcji (szczyt odkryć przypadł na wczesne lata 70-te, maksimum wydobycia osiągnięto przed rokiem 2000). W przypadku państw, w których z różnych powodów proces ten przebiegał dużo wolniej, okres ten mógł wydłużyć się nawet do 50 lat, jak stało się to w przypadku Iraku.

Jak zwykle najlepszym przykładem są Stany Zjednoczone, gdzie wprawdzie przesunięcie wyniosło dla 48 stanów 35 lat, ale z uwagi na stabilną sytuację polityczno-gospodarczą, z łatwością możemy prześledzić jak przebiegała zarówno produkcja jak i odkrycia.

Poniżej to samo “zjawisko” jeszcze lepiej widoczne na wykresie przedstawiającym łączną produkcję i łączne odkrycia.

Poniżej jeszcze kilka przykładów, które dobitnie pokazują, że wydobyć możemy tylko tą ropę, którą znaleźliśmy. Prawda często pomijana przez energetycznych optymistów.
rohoel-po-china.gif Chiny
rohoel-po-indonesien.gif Indonezja
rohoel-po-indien.gif oraz Indie

Na koniec pozostała nam Metoda IV – czyli Megaprojects Chris’a Skrebowskiego. Wedłóg mnie najmocniejsza od strony teoretycznej metoda uzyskania daty Peak Oil. Chris Skrebowski wykonał gigantyczną prace zbierając dane wszystkich tzw. megaprojects (czyli złóż o przewidywanej produkcji dziennej powyżej 100 tysięcy baryłek). Jednocześnie bazując na dotychczasowych danych oszacował wzrost zużycia ropy na poziomie 2,3% rocznie, oraz spadek wydobycia w istniejących złożach, który trzeba kompensować zwiększeniem wydobycia w nowych złożach. Początkowo, przyjął w swoich obliczeniach większy niż okazał się w rzeczywistości, spadek wydobycia. Ostatnie jego zestawienie gdzie uwzględnił również mniejsze projekty, jak i poprawili ten błąd, data Peak Oil przesunęła się z 2007/2008 r. na 2010/2011 r. Metoda ta pozwala z wyprzedzeniem kilkuletnim określić, w którym momencie podaż nie będzie w stanie zaspokoić popytu. Od podjęcia decyzji do rozpoczęcia produkcji mija zazwyczaj kilka lat, minimum 3-4, wiec niejako z wyprzedzeniem wiemy, ile będzie dostępnej ropy w takim horyzoncie czasowym. Należy pamiętać, że te obliczenia dają nam maksymalnie optymistyczny wynik. Nie uwzględnia on konfliktów zbrojnych (patrz Irak), czy awarii w skutek kataklizmów (Katrina i Zatoka Meksykańska), a tego typu wydarzenia mogą znacznie wpłynąć na światową produkcję.

Tik, tak, tik … kiedy nastąpi peak?

Osobiście uważam, że dużo ważniejsze niż określenie konkretnej daty osiągnięcia szczytu produkcji ropy naftowej, czyli Peak Oil, jest zdanie sobie sprawy z istoty problemu. Dopiero, kiedy gruntownie zagłębimy się w problematykę będziemy mogli rozpatrywać odpowiednie rozwiązania, gdzie konkretna data będzie tylko pochodną założeń leżących u podstaw. Niemniej jednak bardzo dużo czasu poświęca się tej magicznej chwili, a szacunki, jakie można spotkać to w najbardziej optymistycznych prognozach 2030r. (CERA) po takie wedłóg, których szczyt produkcji dawno już został osiągnięty (np. Deffeyes podawał listopad 2005). Jak już z lektury “ABC Peak Oil” można było wywnioskować, osiągnięcie szczytu produkcji można stwierdzić dopiero po upływie kilku lat, kiedy trend spadkowy zaczyna być trudny do wytłumaczenia zwyczajnymi fluktuacjami rynku. Tak właśnie było w przypadku USA, kiedy w roku 1971 większość ekspertów branży naftowej nie brała pod uwagę, że już nigdy więcej poziom produkcji ropy nie osiągnie takiego poziomu. Z każdym kolejnym miesiącem optymiści tracili dobry humor, aż w momencie nadejścia zewnętrznie wywołanego kryzysu naftowego, musiano spojrzeć prawdzie w oczy. W przypadku globalnego peak oil warto jednak wiedzieć, czy mamy jeszcze ćwierć wieku jak twierdzą specjaliści z CERA, czy szczyt produkcji już nastąpił i obecnie przechodzi w fazę plateau.

Postaram się poniżej przedstawić pokrótce sposoby, które w mniejszym lub większym stopniu przybliżają nas do określenia tej “magicznej” daty. Podaję za Heinbergiem cztery metody oszacowania daty Peak Oil. Dwie z nich pozwalają jedynie uświadomić sobie, że problem istnieje i podać przedział czasowy z dokładnością do kilku lat może nawet dekady. Metody te są dużym uogólnieniem specyfiki wydobycia ropy i nie należy ich traktować jako wiążących, gdyż nie uwzględniają takich chociażby czynników jak wzrost rezerw. Najbardziej konkretną metodą, z bardzo solidnymi podstawami teoretycznymi i metodologią trudną do podważenia jest propozycja Chris’a Skrebowskiego, redaktora UK Petroleum Review.

Metoda I

Jak wynika z teoretycznego modelu przedstawionego przez Mariona King Hubbert’a peak oil przypada na moment, w którym z badanego złoża wydobyto połowę całej potencjalnej produkcji. Czyli połowę tej części istniejącej ropy (OIIP – Oil Initially In Place), którą jesteśmy w stanie wydobyć (URR czyli rezerwy). Rezerwy są wartością zmienną i zależą od wielu czynników, często niedoszacowania złoża, lub nowych, pobliskich odkryć księgowanych jako jedno i to samo złoże. Jedyny czynnik, który ma realne znaczenie to wartość określająca, jaką część OIIP jesteśmy w stanie wydobyć. Skuteczność ta waha się zazwyczaj pomiędzy 25-50%. Przy dzisiejszych technologiach wydobycie 55-60% ropy to górna granica. Jak widzimy już na starcie szacowanie całej istniejącej ropy jest obarczone dodatkowym czynnikiem, a mianowicie ilością jaką jesteśmy w stanie wydobyć. Nie dość trudności ze zmiennymi rezerwami istnieje jeszcze wiele innych problemów, takich jak niedoszacowanie złóż, lub wynik tajemniczych wzrostów rezerw w państwach OPEC, zwany „quota wars”. Limity eksportów były ustanawiane na podstawie istniejących rezerw, więc w tajemniczy sposób rezerwy te w krótkim czasie powiększyły się 2-3 krotnie.

Spójrzmy jednak na szacunki, jakich dokonywano na przestrzeni ostatnich dekad odnośnie światowej ilości EUR (estimated ultimately recoverable), czyli szacunkowych rezerw. Jak widać na poniższym zestawieniu wartość EUR oscyluje wokół wartości 2 bilionów baryłek konwencjonalnych płynnych złóż (czyli ropa + NGL), oraz 2,7 biliona baryłek licząc ze złożami niekonwencjonalnymi. Tutaj zagadnienie komplikuje się jeszcze bardziej ze względu na brak konsensusu, odnośnie tego jak traktować, złóża niekonwencjonalne, takie jak łupki bitumiczne czy piaski roponośne. Niektóre szacunki podają z tego też powodu wartości tak duże jak 5,5 – 7 bilionów baryłek (World Petroleum Assesment 2000, USGS), jednak szacunki te bazują na wyjątkowo optymistycznych założeniach, które już po kilku latach (opracowywano je na podstawie danych z 1996r.) widocznie rozbiegają się z rzeczywistością (szczególnie odnośnie przyszłych odkryć).

Jedno jest pewne. Do tej pory wydobyliśmy blisko 1,1 biliona baryłek. Jeśli wierzyć powyższym uśrednieniom możemy przyjąć, że peak oil już nastąpił lub niedługo nastąpi. Dokładność takiej “daty” zależy od dwóch czynników. Przede wszystkim dokładności oszacowania rezerw, gdzie podstawowa trudność leży w przewidzeniu (żeby nie powiedzieć odgadnięciu) rozwoju technologii wydobywczych, a co za tym idzie skuteczności samego procesu eksploatacji złóż. Drugi czynnik, który daje nam wyobrażenie jak skala czasowa ma się do wartości OIIP, to tempo obecnego wydobycia. W przeciągu nadchodzącej dekady, jeśli obecne tempo miałoby się utrzymać, ludzkość wydobędzie kolejne 400 miliardów baryłek ropy, co stanowiłoby 40% pozostałych konwencjonalnych rezerw wg powyższego zestawienia. Oczywistym jest, że to nie nastąpi i wydobycie tej ilości ropy, w wyniku spadku produkcji zajmie nam więcej czasu.

c.d.n.